Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 lutego 2013

W odpowiedzi na "Co słychać?"


- Może byś się w końcu ogolił?
Odwraca się powoli w moją stronę, omiata mnie spojrzeniem i mówi ...
- Wiesz jaka nacja zamieszkiwała kiedyś te tereny? Tereny na których ty dziś tu mieszkasz, a nawet teraz leżysz w łóżku?
Barbarians! - wykrzykuje (jakoś tak nawet z dumą), czyli? (tu patrzy na mnie już bardzo wymownie)...
- Barbarzyńcy? (wydobywa się z moich ust niepewnie)
- Właśnie! (wykrzykuje triumfalnie). A czy ty kobieto widziałaś kiedyś ogolonego barbarzyńcę???!!!

....i tu, rozumiejąc już swoją absolutną porażkę musiałam przyznać
- no, ...nie widziałam.
*********************************************************

Uwielbiam podróże, niestety możliwe są chwilowo tylko te palcem po mapie, a konkretnie wzrokiem po internecie. Tyle razy oglądałam Florencję (bardzo chcę tam pojechać i pomieszkać choćby tydzień), że czasem nawet ja sama wierzę, że już tam byłam. Wie o tym świetnie moja rodzina...
Wieczór
Ja patrząc na męża
- Wina bym się napiła ...
- Mam pójść?
- A chciałbyś??? (patrząc błagalnie)

Powrócił z butelką Chianti w ręku
- Chianti? Nie było innego? (nie przepadałam)
- Nie było, ale ....ale, nie marudź tylko posłuchaj ..."wino to pochodzi z małej winnicy położonej..."(tu zawiesił na moment głos i podniósł palec w górę w jakimś dziwnym, majestatycznym geście) "...pomiędzy ...FLORENCJĄ A VINCZI!!!!!!!"

Nie mam pojęcia czy położenie miało wpływ, smakowało jak diabli:)
**********************************************************

Oglądajac powtórkę X-Factora.
Śpiewa chłopak o nazwisku Hyży, śpiewa świetnie. Za moment wchodzi na scenę dziewczyna o tym samym nazwisku, jak sie okazuje żona młodzieńca i też śpiewa i też oczywiście świetnie.
Mój mąż:
- Ja pier***ę, młodzi, piękni i jeszcze w dodatku ku**a zdolni. Za dużo.

:) :)
P.S Prawdopodnie kiedy to piszę, Państwo Hyży są juz bardzo popularni w kraju. Taki kraj :)
**********************************************************

W pewnym gabinecie ginekologicznym.
Pacjentka (będąca w wieloletnim stałym związku) i pan doktor (właściwie po tylu latach można powiedzieć jakby zaprzyjaźniony z panią).
Rozmowa, badanie, rozmowa, badanie ...

- A jak TE sprawy, znaczy się jak w seksie się układa? - pyta lekarz
- Yyyyy, no jakby lepiej ...
- To znaczy, że zmieniła pani partnera!

....nie mogłam przestać się śmiać :)




Wszystkiego dobrego. Wiosna nadchodzi :)
I.Bo



czwartek, 20 października 2011

Nawet Pies Z Kulawą Nogą.....

Wiedział, że dzisiejszy dzień jest szczególny. To ten dzień, który być może uratuje go od wszystkiego w czym tkwił. Od beznadziei, tęsknoty i zwykłego fizycznego bólu. Patrzył na swoją nogę i wiedział, że długo już to nie potrwa. Jeszcze niedawno miał moment, kiedy chciał siebie ratować. Podszedł pod szpital i stał po drugiej stronie ulicy, patrząc na wejście. I wtedy ją zobaczył. Joanna - minęło tyle lat, a wyglądała zupełnie jak wtedy, gdy widział ją po raz ostatni. Serce mu zamarło z emocji i strachu jednocześnie, że mogłaby go zobaczyć w takim stanie. Uciekł. A był przecież świetnie zapowiadającym się muzykiem......, dziś już to wszystko nie powróci, stracił, choć sam nie wiedział kiedy to się stało. Bo pił, bo nie dbał, bo zawsze stawiał opór wszystkim i wszystkiemu. Pijak, żul, śmieć, bezdomny - tak o sobie słyszał przez ostatnie lata. Wiedział, że dzisiejszy dzień jest szczególny. Noga dawała w kość, tracił lekko przytomność oparty o murek, myśląc, że to zmęczenie i brak jedzenia. Ludzie z odrazą odwracali od niego głowy. Smród wydobywający się z ran był nie do wytrzymania. Nie było nikogo, kto zatrzymałby wzrok na nim dłużej niż kilka sekund, nikt poza jego jedynym, wiernym przyjacielem, oprócz Psiny Z Kulawą Nogą. Psina leżała obok opierając łeb na jego dłoni. Wiedziała to samo co on. On - Jan Rogucki, rocznik 67, świetnie zapowiadający się muzyk, jak mówili profesorowie Akademii Muzycznej w Poznaniu. Kiedyś miał przyjaciela - Roberta - pracowali jakiś czas razem, później drogi się rozeszły, choć kumpel nie dawał za wygraną i bardzo chciał mu pomóc. Czasami zastanawiał się co powinien zrobić - zabraniać picia na siłę, czy może usiąść i pić razem z nim. Ale doglądał, dbał jak umiał. Kiedy Jan zniknął, nie mieli już kontaktu, oprócz jednego incydentu, kiedy to Janek był już bez domu i tułał się po ulicach. Wpadli na siebie przypadkiem. Robert zaciągnął go siłą do samochodu i zawiózł do szpitala, gdzie pracował znajomy lekarz. Janek wypisał się na własną prośbę następnego ranka. Od tego dnia nie spotkali się już nigdy.
- Nie jest dobrze - pomyślał - dlaczego akurat dziś przypomina mi się Joanna i on. Cholera, czy to naprawdę dziś? Pieprzone życie, niech się lepiej już kończy, chyba sam mam już dość. Może nawet trzeba było zrobić to szybciej, wtedy, kiedy wyszedłem ze szpitala. Tak, to był moment, w którym powinienem był skończyć, albo zacząć wszystko jeszcze raz. Powrót na ulice tylko oddalił dzisiejszy dzień. Nic więcej. W bonusie ból. Nic więcej.
- Nic więcej nie mogę dla Pana zrobić - powiedział urzędas, do którego zwrócił się o pomoc Janek, kilka tygodni temu.
"Nic więcej" to najczęściej słyszany zwrot ostatnich lat.
- I może słusznie, ja też nie miałem "nic więcej" do zaoferowania światu. Nic oprócz muzyki, bo przecież byłem.......świetnie zapowiadającym się muzykiem. To pamiętam. Nic więcej. Nie mam wspomnień, a może tylko na chwilę zapomniałem. Kurwa, co za ból. Śmierć też się Panu Bogu nie udała. No i co skurwielu? Patrzysz na mnie z nieba i co? Czekasz na mnie? Na pewno nie, tacy jak ja lądują na ulicy nawet po śmierci. Tak, tak, ja wiem co powiesz...nieś swój krzyż synu, ale wiesz co? Ja mam w dupie ten krzyż, ja chciałem nosić skrzypce, nie krzyż, czy to tak dużo? Dzięki wielkie stary, pewnie mi powiesz jak każdy, że "nic więcej nie mogłeś zrobić", bo wybory należały do mnie. No i pięknie, kurwa, wybierać też nie umiałem, to teraz mam za swoje.
Popatrzył na Psinę z Kulawą Nogą, która nasłuchiwała pilnie, jakby słyszała wszystkie przed chwilą przelatujące mu przez głowę myśli.
- Ty jedna, kochana mi zostałaś. Kocham cię bardzo i wiesz, martwię się co z tobą będzie jak ja już w końcu odwalę tu kitę w tym zaułku. Kurwa, nawet miejsce mam podłe. Nie....doczołgam się jakoś tam dalej, tam pod te krzaki za budynkami.
Psina rozumiała wszystko, wsparł się na niej i na czworaka, przeszedł kilkanaście metrów.
- Tu kochana już będzie dobrze - powiedział - dalej już nie trzeba. Muszę się położyć, trochę mi słabo i zmęczony jestem. Przytul się do mnie proszę.......
Zamknął oczy i wszystko stało się piękne. Miał skrzypce, miał Joannę, miał dom.....
- Obym się z tego nie wybudził.......

-------------------------------------------------------------------------------------

- Śniadanie jakieś jest w tej budzie? Mogłabyś raz zrobić coś lepszego, co to za parszywe żarcie?!
- Byłoby, gdybyś pieniądze jakieś przynosił. Łazisz tylko z kolegami na wódę, a potem się dziwisz, że jedzenia nie ma. Mareczek gorzej się czuje, do doktora trzeba jechać, lekarstwa wykupić, skąd mam brać na wszystko darmozjadzie jeden.
- Stul pysk, bo ci tak przypierdole, że nawet twój Mareczek mały ciebie nie pozna. Nie miałaś dość ostatnio?
Miała dosyć. I bicia i męża. Czasami modliła się nawet, żeby coś mu się stało, żeby po pijaku pod samochód jakiś wpadł, albo co. Żeby się tak ze swoimi kompanami zapił na śmierć i nigdy już nie wrócił do domu. Nie wiedziała jakby sobie poradziła z trójką dzieci, ale wszystko było lepsze niż Heniek śmierdzący codziennie alkoholem. Chciała rozwodu, ale pokazywał jej tylko pięść i głośno się śmiał, wrzeszczał, że żadnego rozwodu nie będzie, a z bachorami radzić sobie ma sama, jak tyle narodziła. A nawet nie wie czy to jego. Bolały te słowa bardzo. Czyje one miałyby być jak nie Heńka. Przecież jest przyzwoitą dziewczyną, a i dzieciaki podobne do niego. Czasami złość ją taka brała, kiedy widziała heńkową podobiznę w małych twarzyczkach. Zaraz znak krzyża robiła i o wybaczenie prosiła Najświętszą Panienkę, że myśli takie złe ją nachodzą. Przecież dzieciny niewinne, że do ojca podobne. No i że życzyć śmierci się nie godzi, nawet Heniowi. Tylko jak dzieci bił, to serce jej pękało, zasłaniała je swoim ciałem i wtedy dostawała podwójnie. Zakrywała sińce, smarowała maścią i żyła dalej w nadziei, że los się może kiedyś odmieni.
Usłyszała trzask drzwi. Wyszedł znowu się nachlać, chociaż do powrotu będzie miała trochę spokoju. Dzieciaka na spacer weźmie jak starsze do szkoły wyjdą i z Baśką się może spotka na ławce. Baśka zawsze miała dla niej dobre słowo i w krytycznych momentach pomagała jak się tylko dało. Znów uczyniła szybki znak krzyża, tym razem w podzięce Najświętszej Panience za Basię.

-------------------------------------------------------------------------------------
- Heniu, kurwa, na ciebie to zawsze trzeba czekać.
- Moja mi łeb suszyła, że pieniędzy nie daje i do gara niby nie ma co włożyć.
- To ty nie wiesz jak się z suką postępuje? Przypierdolić raz rano, żeby się nie odzywała i raz wieczorem, żeby nie zapomniała za co dostała rano. No, a teraz flaszkę otwieraj, bo mi łeb od rana pęka. Napijemy się chłopie to się zaraz lepiej nam zrobi. Tam za osiedlem jest takie dobre miejsce, ostatnio z chłopakami wypiliśmy siedem flaszek. Mówię ci kurwa.......
- Ty patrz, a ten co tu tak leży z tym psem?
- Nie rusza się, śpi albo co. Co za smród, kurwa, lepiej nie ruszaj, choć Heniek, pies tak jakoś na nas patrzy, kawał bydlęcia.
Odeszli, a Psina z Kulawą Nogą zaczęła kopać dół dla swojego przyjaciela. Stara była, ale silna jeszcze i choć też schorowana wytężyła wszystkie swoje siły i łapami odgarniała ziemię. Kiedy dół był wystarczająco głęboki, zębami chwyciła za podartą kurtkę i wciągnęła przyjaciela. Na powrót zaczęła zagarniać ziemię, kiedy skończyła, zatoczyła kilka kółek na rozkopanej ziemi i położyła się na mogile.

- Ty, a może ten śmierdziel miał jakąś kasę albo coś innego, co by mu zapierdolić można. Choć wrócimy tam i przetrzepiemy go. I tak już chyba tam zdychał, albo tak zapił się, że przytomność stracił, nic nam nie zrobi.
Wrócili na miejsce pod krzakami ale po Janku nie było śladu, tylko Psina z Kulawą Nogą leżała bez ruchu.
- Co jest kurwa, przecież niedawno tu był? Sam nigdzie nie polazł z tą paskudną nogą, gdzieś tu musi być, rozejrzyjmy się, na pewno gdzieś tu jest. Takiemu to dla fanu można mordę skopać.
- Jak się nie broni to co to za zabawa, kurwa.
- Jak to jaka? Podwójna hahahahah!
- Pierdolę to, nie chce mi się gnoja szukać, w dupie to mam gdzie polazł kulas jeden. Po takim to nawet kurwa pies z kulawą nogą nie zapłacze.......
W tej samej chwili Psina wyskoczyła z krzaków. Przerażony Heniek, chciał odskoczyć na bok. Niefortunnie jednak nadepnął na wyrzuconą butelkę i poślizgnął się uderzając głową o kamień. Psina dopadła jego kompana i chwyciwszy go za gardło razem z nim runęła na ziemię. Mężczyzna próbował się wyswobodzić, odpychał jej łeb, jednak Psina była na tyle silna, że nie uległa i zaciskała swoje zęby na jego szyi coraz mocniej i mocniej. Psina nie odpuszczała do chwili kiedy poczuła, że przestał się szarpać a jego dłonie opadły bezwładnie na ziemię. Wstała i obwąchawszy obu, ruszyła do kopania kolejnych dwóch dołów.

-------------------------------------------------------------------------------------
Po trzech miesiącach od trzaśnięcia drzwiami Kaśka dostała pismo z prokuratury, że jej męża Heńka uznano za zaginionego i zaprzestano wszelkich poszukiwań. Siedziała przy stole bez ruchu i czytała po raz kolejny urzędowe pismo.
- Mamo, mogę iść do koleżanki? Potem róże pójdziemy posprzedawać na rynku, groszy parę wpadnie - zapytała jej najstarsza córka stając w kuchennych drzwiach.
- A idź dziecinko, idź, tylko pomóż mi znieść wózek, pójdę z Mareczkiem na spacer, pogoda taka ładna. Może potem placek upiekę, Basia tyle śliwek przyniosła, kompoty porobione na całą zimę....no placek upiekę jak wrócę.
Przytuliła córkę i ukradkiem otarła łzę. Ubrała Mareczka i wyszła. Usiadła na swojej ławce i pospiesznie uczyniła znak krzyża.
- Dziękuję Najświętsza Panienko, żeś mi Heńka zabrała i nawet jeśli to grzech to ja dziękuję, że dzieci więcej bić nie będzie. Źle mu nawet nie życzę, ale żeby do nas już nie wracał.
Po tych słowach na ścieżce pojawiła się Basia. Przeczytała urzędowe pismo i przytuliła przyjaciółkę. Obie siedziały na ławce parę chwil w milczeniu obserwując grających w piłkę chłopców.
- Baśka, widzisz tego psa? On tam codziennie siedzi jak ja tu na ławeczkę naszą przychodzę. Siedzi tam i patrzy na mnie. Bidula, na trzech łapach chodzi, bo ta czwarta krótsza jest, obcięta czy co. Tak mi się serce kroi jak na niego patrzę, może bym go przygarnęła...
- A czemu nie, raźniej by ci było, a i pożytku więcej niż z Heńka. Jak go nie ma teraz, to bierz psa. Mareczek cieszyć się będzie, a i starsze zadowolone będą.
- Psinko choć tu......
Psina jakby czekała na te słowa, podbiegła i położyła łeb na jej kolanach.
- Psino kochana ty moja. Ona tak patrzy jakby mnie znała.....Myślisz Basia, że zaczyna mi się nowe życie?
- Myślę, że całe życie przed Tobą kochana.



P.S wymieniłam piosenkę

I.Bo

wtorek, 4 października 2011

czwartek, 8 września 2011

Chleb z masłem lekarstwem na wszystko.

Kiedy człowiek rano otwiera oczy nigdy nie wie co go czeka, co się wydarzy właśnie tego dnia. Każdego ranka można przecież zacząć wszystko od nowa. Nowy dzień, nowe nadzieje, nowe możliwości i ta trochę głupawa, przesadnie optymistyczna chęć działania. 6.15 wystrzał z łóżka, na bosaka do łazienki, po drodze pstryk....."tu Trójka, program III Polskiego Radia jest godzina.....", zbieg po chleb, wbieg z chlebem i gazetą, śniadanie jednemu, drugiemu, trzeciemu, śniadanie "na wynos" drugiemu i trzeciemu, śniadanie w rękę czwartemu, bo za późno wstał. Później już tylko wrzut czegoś na siebie, kosmetyczka w rękę, Matejko na twarzy i kawa. Człowiek jest gotów do wyjścia z domu i wejścia w nowy dzień życia. Gotowy i przygotowany na wszystko, optymistycznie patrzący w przyszłość, łaskawy dla słabości drugiego człowieka, odważny, by bronić swoich racji, uzbrojony w.........no właśnie - w nic. Nie szkodzi i tak ma nadzieję, że zdobędzie świat, a pokolenia będą go wspominały latami. Ok, wystarczy jak wspomną choć w następnym tygodniu przy kolacji. Takie czasy.
Nie zawsze jednak wszystko idzie jak po maśle, a świat i ludzie z uporem nam przypominają, że rzeczywistość dość mocno odbiega od naszych wyobrażeń.
Proszę bardzo.........

Będąc w punkcie A z synem, w biurze pewnej miłej i ładnej pani
Pani: Jezu, jaki piękny chłopiec!!!
ja: Dziękuję, miło mi:)
P: I jaki wysportowany....- mówi pani, patrząc na syna, który właśnie prezentuje na dywanie, co prawda prawie bezszelestnie, ale jednak - skok w dal! - i jakie mięśnie już ma, no niesamowite!
ja: No tak
Pani do syna: To ty sportowcem zostaniesz!
Syn: No jasne!!!! Codziennie trenuję, codziennie!
P: No po kimś to musi mieć
ja: Po ojcu, mnie ze sportem łączy tylko jedna rzecz: białe tenisówki
W tym momencie miła i ładna pani robi jakąś skwaszoną minę i nie wydaje się już tak ładna jak 30 sekund wcześniej.
P: A powinna pani dawać dziecku przykład i uprawiać sport! Ja ćwiczę codziennie! Nie można być takim leniwym, a dzieci należy dobrze wychowywać.
ja: Ale on ćwiczy
P: Chwała Bogu, bo Bóg mu daję tę siłę, ja też ćwiczę dla Boga, Bóg codziennie na mnie patrzy i cieszy się, pani syn niedługo do Komunii przystąpi, niech się pani zastanowi, trzeba przygotować dziecko i siebie, a z takim podejściem to ja nie wiem......

I teraz to ja nie wiem, czy to film, czy wszystko to dzieje się naprawdę. Trochę ogłupiała patrzę na już wcale (nie)miłą i wcale (nie)ładną panią i wiem, że przyszłam tu w zupełnie innej sprawie, właściwie urzędowej, a dzieje się to, co się dzieje. Gorączkowo usiłuje sobie przypomnieć, czy może jednak w moim życiu jest choć odrobina sportu i tym samym mogłabym zasłużyć sobie na zbawienie. Może zaliczyć można bardzo szybkie szorowanie schodów, albo prawie bieg po mieście, kiedy czasu brakuje, albo chociaż seks. Czy miłosierny Bóg zechciałby lekko nagiąć kryteria co do tego co sportem jest? Patrzę na nią i widzę przed oczami trzy koła - wyobraźnia znów płata figle. W jednym jestem ja, w drugim Bóg z (nie)miłą panią, w trzecim sport. Każde kółko osobno i myślę..........na głos

ja: przepraszam panią, ale te trzy koła nie mają zbioru wspólnego. Dziękuję. Do widzenia.

No i spóźniona, a do punktu B gdzie już powinnam być dość daleko. No trudno - taksówka.

Taksówkarz: do szkoły już chodzi?
ja: Jeszcze nie, za rok.
T: Mój wnuk też za rok. I dobrze, nie ma się co spieszyć. Wie pani, teraz to trzeba uważać i na nauczycieli i na dzieci. Nigdy nic nie wiadomo, sami wariaci, a i ile (ściszonym głosem) pedalstwa teraz proszę pani. Musi pani obserwować czy się coś złego nie dzieje, jak dorastać będzie. Teraz proszę pani to co drugi (znów ściszonym głosem) gej.
ja: Może się pan zatrzymać tu?
T: Tu? chciała pani przecież.....
ja: Wiem co chciałam, ale nie mam sił.
T: Na co?
ja: Żeby iść dalej pieszo, ale jeszcze mniej, żeby pana słuchać. Przepraszam. Do widzenia.

Będąc w punkcie B z koleżanką Kasią w restauracji zamawiamy jedzenie.
K: Poproszę sałatkę z tuńczykiem i do tego grzanki. Grzanki są z ciemnego pieczywa?
Kelner: nie z jasnego
K: Ojej, to nie, musimy pójść w inne miejsce, nie zjem zwykłego pieczywa.
Ja do kelnera: proszę dać nam minutę:)
ja: Kasia, oszalałaś? Nie będę teraz głodna szukać dla ciebie knajpy z ciemnym pieczywem, jedz to co jest i nie marudź.
K: Ja NIGDY nie jem TAKICH rzeczy. Wiesz jak się od tego tyje? To są czyste węglowodany, a ja mam 34 lata i nie mogę sobie na to pozwolić. Paweł uwielbia szczupłe kobiety z małym biustem. Jak będę tak jadła to będę gruba!
ja: Ale nie będziesz głodna
K: Przestań!
ja: Sama przestań, bo mówisz bzdury. Jeżeli myślisz, że Paweł jest z tobą, bo jesteś szczupła, to już dziś życzę szczęścia na przyszłej drodze życia z ciemnym i tylko ciemnym pieczywem. Nie możesz zrobić wyjątku? Od jednej grzanki tyłek ci nie urośnie. Albo poćwicz, Bóg Cię wtedy pokocha. A z Pawłem......też może być różnie. Za rok się dowiesz, że jest gejem i że sypia z waszym sąsiadem, a ty będziesz niezmiennie szczupła, głodna i być może samotna
Kelner: I jaka decyzja?
ja: Żadna, ja już nie mam czasu. Dziękuję. Wychodzę.

Ciśnienie - 500 na 300
Puls - 1000000000000000000000000
Odczuwanie - wszechogarniający ścisk żołądka w duecie z burczeniem
Pocieszenie - pod pachą bochenek świeżego, pachnącego chleba

Po 10 minutach sms:
"Przepraszam, jestem chudą kretynką. Co robimy?"
"Wybaczam, wpadaj do mnie. Mam świeży chleb;)"
"Świnia. Idę;)"

Po 20 minutach w kuchni
ja: I jak?
K: Boże, pyszny! I z masełkiem!
ja: Boga w to nie mieszaj, On stoi w kółku z (nie)miłą panią.
K: O czym ty mówisz?
Machnęłam ręką
K: A węglowodany???!!!!!

ja: Węglowodany kochana to ja mam w dupie......dosłownie i w przenośni.



Miejsce: Polska, Poznań.
Wypowiedzi: Rodacy

A przy tym świetnie się tańczy:)))




I.Bo

P.S
A Paweł ze swoim uwielbieniem do małych biustów jakoś dziwnie zawsze ląduje wzrokiem w obfitych dekoltach:)))

poniedziałek, 4 lipca 2011

sobota, 4 czerwca 2011

Mała wysepka z dużą dozą uczucia.


dół:)


góra:)

- No to jak to jest z miłością?
- Zwyczajnie, a jak ma być...
- Kiedy będę wiedział, że to właśnie to, znaczy miłość jest?
- To się po prostu wie....podobno.
- Czyli na mnie to się nie sprawdzi, bo ja nigdy nie wiem tego co wie (a nawet jest pewna) reszta ludzkości.
- Można zrobić doświadczenie...., pomyśl sobie, że spędzisz z nią i tylko z nią pewien czas, a może i wieczność, gdzieś....na jakiejś wyspie bez cywilizacyjnych atrakcji. Tylko ty i ona, tylko wy, tylko miłość. Umiesz sobie to wyobrazić? No i wiesz, jak to w związku, na początku wspaniale (bo zawsze jest wspaniale przez pewien czas), potem jest coraz bardziej zwyczajnie, potem już nawet kiepsko i tak jakby to było tu i teraz próbowałbyś sobie życie uatrakcyjnić trochę na ślepo czyli np. kiedy w stosunkach robi się chłodno to sobie wmawiasz, że jest ok i.......serwujesz sobie przyjemnostki....a to zakupy (które rewelacyjnie poprawiają nastroje w parach) choć to zabieg szalenie krótkotrwały, etniczne wyjazdy, kolacyjki w nowych knajpach, no wiesz...to co robimy zazwyczaj. A na wyspie nic. Jak się wkur**** to możesz się przejść jedynie na plażę obok, jak się wkur**** bardzo, możesz nawet na pewien czas wyprowadzić się na plażę obok, ale ile sam wytrzymasz. Nie masz kumpli, a co gorsza nie ma innych kobiet! no bo skoro to jest ta z którą chcesz i to przez caaaaałe życie, to powinno wystarczyć tobie to co masz, czyli kawałek wyspy, dach nad głową z patyków i liści, jedzenie biegające jeszcze po wyspie, choć jak patrzę na ciebie to tak sobie myślę, że ty to mi na myśliwego nie wyglądasz. No, to pozostaje miłość, miłość, miłość. Bez lukru, bez naskórkowych relacji, bez ucieczki w dobrze płatną pracę no i bez gratyfikacji dzięki której przeżyjesz następne tygodnie i która wytworzy ułudę, że to jest TO.
I woda.
- A lepsza byłaby wóda:)
- Jak wóda ma koić ból to znaczy, że to nie to. Choć w twoim czy moim wypadku to właściwie nie miałoby sensu, bo sama wyspa już byłaby atrakcją, a nawet mogłaby nią być i przez całe życie. Wiesz, my jesteśmy takimi ludźmi, sami sobie.
- To co robić?
- Na początek proponuję przestać być idiotą!
- Dobry początek! No to jak, jutro w tym samym miejscu o tej samej porze?
- Ok.
- No to cześć.
- No to cześć.



I.Bo

wtorek, 17 maja 2011

Miłość...

Niestety w życiu przeżywa się tylko dwie miłości prawdziwe. Pierwszą, która umiera i ostatnią, od której się umiera...niestety.

Miłość....porządek w domu, nienaganny porządek, nieustający, ten co nigdy nie jest wymuszony i na chwilę, taki, który jest zawsze na zawsze, od wieków i na wieki, jakby sam w sobie był najbardziej naturalnym stanem rzeczy. Bo to jutro, bo przyjdzie, bo wpadnie, bo zajrzy i zobaczy jak tu u mnie pięknie, przepięknie, najpiękniej. Nie będzie chciał wyjść. Jak wyjdzie, będzie myślał tylko o tym jak już wrócić, bo żyć nie będzie mógł inaczej, nie będzie mógł beze mnie, bo miłość....
Miłość....trzaskające gary, garnki, rondelki. Te stare, co w nich jeszcze gotowała stara ciotka. Ta sama co w czasie wojny z szóstką dzieci.....ale przecież to wiesz. I kopystka drewniana, gładka, zaokrąglona wszędzie, bo setki razy mieszała. Kiedyś dla nich, dziś dla mnie i dla ciebie. Ściemniałe drewno ma chyba tysiąc lat. Nawet jak umyta posłusznie leży w szafce pachnie jedzeniem. Tym najlepszym, tym z dzieciństwa. Znasz te smaki świetnie, pamiętasz je, wspominasz. Tłuką się gary, a od zapachu aż kręci się w głowie. Tłuką się gary z miłości...
Miłość....tak, tak, znalazłam już te buty sportowe, wyciągnęłam ze starej komody, pasują. Pobiegnę dla młodości? Ach nie, dla zdrowia przecież. Zatoczę kręgi, coraz dalej i dalej, jednym susem rzekę przeskoczę i pod Katedrą na łące poleżę. Że nie wolno? Że muszę biec dalej? No zgoda. Pobiegnę dla najpiękniejszych nóg, pobiegnę z miłości...
Miłość....książki wszystkie przeczytam te które omijam, bo początki miały do bani. Przeczytam wszystkie te, które zatrzaśnięte w walizach wielkich leżą. Bo mózg musi być najpiękniejszy. Piękniejszy od tych nóg i tak już pięknych. Bo wiszą nam nad głowami pytania bez odpowiedzi, niedopowiedziane wersy, rozpoczęte myśli urwane w pół drogi. Przeczytam je wszystkie i te co u sąsiada też, przeczytam z miłości.....

Kawę też zaparzę z...

Smutne w miłości jest jednak to, że nie tylko nie trwa ona wiecznie, ale że rozczarowania jakie przynosi też mijają szybko.



I.Bo

sobota, 30 kwietnia 2011

PikseLove

- LOVE...... a skąd ten tytuł Bosiacka?
- bo miało być LOVEDESIGN, mąż kazał pisać, ale ja w design wolę "pracować" (jestem do szpiku przesiąknięta lenistwem) niż o tym mówić czy pisać...dwa lub trzy pierwsze posty tego bloga są dowodem na to. Któregoś dnia powiedziałam, że pisać owszem, ale zupełnie na inny temat, wymazałam DESIGN i pozostało samo LOVE, a że mnie wkurza zbyt długie wymyślanie i nie cierpię się zastanawiać to czy tamto (nigdy się nie zastanawiam dłużej niż kilka sekund) i na ogół wybieram pierwszą lepszą opcję to pozostało tak jak powyżej. Ot i cała historia.
Żadnego szału, szał mnie nudzi zamiast doprowadzać do szału i podnosić ciśnienie:) Choć im dłużej czytam, patrzę i słucham, tym ciśnienie lekko skacze, a ja jako niskociśnieniowiec rozkręcam się w trakcie, to dużo muszę dostać żeby coś drgnęło. W barze około północy zaczynam czuć się dobrze, wcześniej zasypiam. Taki typ.
Ale wracając do Love - to chyba najpopularniejsze słowo w dzisiejszym świecie. Kochamy wszystko, wszędzie i o każdej porze. Kochamy ekspresowo, na krótko i zmiennie. Nic dziwnego, ciągle podsuwają nam pod nos co rusz nowe cudeńka, więc człowiek szybciutko i bez szemrania zmienia swój obiekt do kochania. Zmienność uczuć dobrze wszystkim znana, bo nie możliwym jest obdarować miłością wszystkiego, a i głupio miłości odmówić, więc trochę tu, trochę tam. Łatwo nie jest. Kochamy ciuchy, przedmioty, zdjęcia lub tego kto je cyknął. Kochamy sytuacje, okoliczności, miejsca, pogodę lub jej brak. Kochamy naszych znajomych, oczywiście do czasu aż nie podpadną nam brakiem zachwytu nad naszą osobą, wtedy wylewane jest wiadro pomyj wprost na pysk i o tej miłości zapominamy. Wykrzykujemy "kocham to!" na widok niemal wszystkiego. Jako członek popularnego portalu społecznościowego o znanej wszystkim nazwie Facebook wiem, że modnie jest przebywać w poznańskim Browarze no i koniecznie trzeba go pokochać. Bardzo lubię się tam pokręcić, ale o miłości nie może być mowy. Nie mogę wykrzesać żadnych uczuć w stosunku do miejsc i sytuacji, mogę je lubić, mniej lubić lub nie lubić wcale. Na więcej mnie nie stać. To kolejny i niezaprzeczalny dowód na to, że nie jestem nowoczesna i nie jestem zbyt modna. Słabo w związku z tym komponuję się z browarowym wnętrzem.
Jest jeszcze gorzej - nie kocham swoich przyjaciół, lubię ich....bardzo.
To mądrzy ludzie - nie obrażą się:)
Wszystko kochamy lub lowamy, jak kto woli, ale prawdą jest, że kochamy głównie po polsku lub po angielsku, kiedy może nam się to przydać (bo na przykład właśnie rozwijamy naszą karierę), słownie i obrazkowo. PIKSELOWE LOVE. Czarne serduszka dominantem roku. Cywilizacja nigdy dotąd nie była tak rozkochana. Czas kochanków jakiego nie było od stuleci, Casanova miałby duży kłopot. Każdy jest dziś doskonałym loverem. Ty pokochasz - ciebie pokochają. Transakcja wiązana, tylko trzymaj równo rytm, bo inaczej cię wykopią.

Choć jakby nie patrzeć na tę lekko zabawną sytuację to należy ją chyba jednak rozpatrywać w kategorii pozytywu, bo lepsze pikselowe LOVE niż pranie się po gębach.
A może i nie........

A kogo kocham ten wie:)




I.Bo

piątek, 10 grudnia 2010

Once upon a time...........

No i dobrze. Mogę sobie to napisać. Mogę napisać to, co jakiś czas temu wydawało się niemożliwym. A wszystko przez....przemijalność, nieubłagany upływ czasu. Ludzi wprawia w trwogę, mnie wybitnie uspakaja. Czas jest zbawienny. Mogę napisać o tym, jaką jestem skończoną kretynką i stukając palcami w klawiaturę, parskam co kilka sekund śmiechem. Boże - Ty widzisz i nie grzmisz. Nie grzmisz, bo też się zwijasz ze śmiechu. Stworzyłeś kobietę i mężczyznę i tu chylę czoła i przyznać muszę, że ten dowcip wyszedł Ci wybornie. Czytelnikowi jednak należy się słowo wyjaśnienia. Once upon a time......a było to wieki temu, w moim życiu pojawił się mężczyzna, który narobił niemałe spustoszenie w mojej głowie/duszy/sercu* (*odpowiednie skreślić). Napiszę w skrócie, bo inaczej post nie miałby końca:). Miałam 19 lat, on dużo starszy, niestety szalenie przystojny, niestety szalenie inteligentny, niestety w absolutnie nieodpowiednim momencie swojego życia, no i co chyba najbardziej istotne - niestety (lub może i dobrze) we mnie niezakochany, choć pewności nie mam. Mieszanka wybuchowa. Ale był i był i był, potem się pojawiał, pojawiał, pojawiał, a teraz bywa jedynie w telefonie. Owszem, wykasowałam kiedyś numer pana eNeR (pojedziemy inicjałami), ale wszystko psu na budę, bo przecież i tak znam na pamięć. Nie mieszka w moim mieście, nie widujemy się. Dziś już chyba kumple, kiedyś.... Niemniej jak się okazuje, wciąż przyprawia o przyspieszony puls i robienie rzeczy...hmmmm dziwnych. No bo właśnie...
Dwa dni temu robiąc zakupy celem zapełnienia domowej lodówki oraz zrealizowaniu planu "obiad" dla mojej uroczej rodziny, zajrzałam do Empiku. Przeciskam się między półkami przez przesadnie wąskie ścieżki. Przesadnie wąskie dla kogoś kto za sobą targa wypchane do granic możliwości siaty z zakupami. I w tym właśnie momencie, klnąc pod nosem na swój kobiecy los, staję jak zamurowana a mój wzrok krzyżuje się z oczami eNeR. Natychmiast pojawia się to idiotyczne uczucie kołatania, ale jednocześnie szybko orientuje się, że coś jest nie tak. No bo jest "nie tak". W tej samej sekundzie uświadamiam sobie, że nie stoję przed eNeR, a jedynie przed okładką wątpliwej treści czasopisma SHOW, z której uśmiecha się do mnie właśnie on. Okładka SHOW????!!!!!! Cała okładka i cała gęba - jako żywo. Siaty wypadły z rąk, pyrki pokulały się po empikowym dywanie, a bezczelne pory, których przeznaczeniem była niechybna śmierć jeszcze tego samego dnia w zupie, a które upchnęłam nieludzko w siatce, wystrzeliły z impetem, rozczapirzając swoje zielone łodygi w stronę półki z nowym VOGUE'iem pokazując mi tym samym gdzie moje miejsce. Czując się nie wiedzieć dlaczego jak przestępca, pochwyciłam SHOW, schowałam się w kącie i nie zważając na potykających się o moje warzywa ludzi rzuciłam się do oglądania. Przeleciałam po łebkach przez tekst, który jest jaki jest, obejrzałam fotki i tak siedząc na tym dywanie zaczęłam się zastanawiać. Po co to człowiekowi? Po co człowiekowi (czyt. mnie) emocje, które robią z niego debila? Po co człowiekowi okładka SHOW? Nie zgadzam się na SHOW. Postawiłam eNeR prawie na szczycie otaczających mnie mężczyzn, choć zawsze pół metra niżej niż mąż, ale szczyt to szczyt. Góra mi się trochę zachwiała i tylko patrzeć jak runie. Z drugiej jednak strony - się jest na okładkach, się kasę ma. A ja co. Permanentnie bez pieniędzy. A już na pewno bez takich. Czytałam ostatnio, że francuscy, amerykańscy i jeszcze jacyś, a może nawet wszyscy naukowcy na świecie robią badania i próbują odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego kobiety uprawiają seks? Mężczyźni odpowiadają krótko i zgodnie: dla przyjemności. Kobiety zaczęły wymieniać setki powodów, wśród których chyba nawet taka odpowiedź się nie pojawiła, a jeżeli to na bardzo odległym miejscu. Za to wysoko plasowała się odpowiedź: dla korzyści. Wszelakich - począwszy od materialnych, przez zaspokojenie potrzeb ducha, zaspokojenie własnej próżności, zaspokojenie chęci władzy nad kimś itd, itd. Seks jako transakcja handlowa, dzięki której zdobędziesz prawie wszystko. I dopadła mnie okrutna refleksja, że ja to sobie nic nie umiem załatwić. Tak to jest panienko jak się ma 785 serc i potrójną duszę, za to żadnego rozumu. Czy ja przegapiłam własną szansę na.....nie wiem co? Może na okładkę choćby SHOW? Może na coś innego? Transakcja anulowana, transakcja nie może zostać zrealizowana. Słaba jestem w biznesie. Potrzebny mi manager, bo potencjał jest. Zaświtała mi nawet myśl, że może niczym Carrie B. kupię jedną sztukę, zawsze jedna mniej na półce, ale co ja potem z nim zrobię? Do łóżka wezmę? No nie, a i głupio do śmietnika wyrzucić. Poczułam nagle, jak bardzo jest mi gorąco, i że niemała grupa empikowych klientów przygląda mi się uważnie. Kiedy udało mi się wyplątać z mojego nieskończenie długiego szala, którym byłam opatulona (może i dobrze, bo nie było widać prawie mojej twarzy), wstałam, pozbierałam swoje zakupy, a odkładając Show na miejsce pstryknęłam eNeR w nos. Poszłam do domu, co krok wybuchając śmiechem. Stojąc na przejściu zobaczyłam kątem oka, przyglądającego mi się starszego mężczyznę. Po chwili zagaduje:
- jak to miło widzieć uśmiechniętą kobietę
- :D
- a można wiedzieć, co tak panią bawi?
- ja sama
- o! jak to?
- śmieję się z siebie, bo widziałam dawną.....głupio się przyznać.... miłostkę chyba. I to na okładce czasopisma
- o, to jakiś prominent być musi
- :)
- a wie pani, ja kiedyś kochałem się w takiej panience, Jadwiga miała na imię, ale to dawno, jeszcze przed wojną było.............

...these stories never have end......:)

I.Bo

poniedziałek, 22 listopada 2010

Puszczać się czy nie puszczać?

X: Mówię tobie Iza, poznałam kiedyś tak przystojnego faceta......
ja: .....że co?
X: Że marzyłam tylko o tym, żeby pójść z nim do łóżka.
ja: No i?
X: No i było....strasznie,....wiesz co mam na myśli? Ale co miałam zrobić?
ja: Wyjść!
X: Widzisz, a ja tego właśnie nie zrobiłam, dawałam mu dalej szansę.......:(

Nie piszę o słabej kondycji kochanka. Zwyczajna rzecz. Zdarza się, przecież jesteśmy tylko ludźmi ze swoimi nastrojami, gorszymi i lepszymi dniami, łatwo o wytrącenie z równowagi a rola superbohatera łóżkowego wcale nie taka prosta.
Trochę mi się oczy zamykają, więc do rzeczy.
Chodzi o to, o czym myślimy będąc w łóżku z mężczyzną. My durne kobiety, myślimy o mężczyźnie. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że my myślimy tylko o mężczyźnie. Żeby mu się podobało, żeby był zadowolony, żeby czuł się świetnie, żeby mu nie sprawić przykrości, niczym nie urazić nawet, gdyby było kompletnie nie tak.
Pogubiłyśmy się zupełnie, zapodziała nam się gdzieś nasza seksualność, pragnienia, to czego naprawdę potrzebujemy będąc z mężczyzną. Wszystko zawieruszyło się miedzy garnkami, dziećmi, pracą.......Przestałyśmy o sobie myśleć, o swoim erotycznym ego. Spotykam tak wiele nieszczęśliwych kobiet, a na wspomnienie o seksie, te na pozór bardzo nowoczesne spuszczają oczy i nie bardzo chcą rozmawiać. Nie chcą, bo nie potrafią. Wstydzą się, bo tak zostały wychowane. O seksie rozmawiają jedynie serialowe bohaterki, a my patrzymy i zazdrościmy, też byśmy chciały ale......
Dlaczego tak się dzieje, że w świecie zdominowanym przez fejsbukowe mutanty, łatwo nam wstawić własne zdjęcie z wydętymi ustami i niemal nagim biustem, a rozmowa, jak sądzę bardzo pomocna w dalszym życiu jest tak wstydliwa?
Pogubiłyśmy się, to pewne. Poza tym, skąd mamy wiedzieć czego pragniemy skoro myślimy tylko o zdobyciu męża i o tym, aby przy nas tkwił do końca życia. A może by tak, popróbować przed. I to próbować dużo. No przecież trzeba się jakoś uczyć. Wiem, wiem tak nie wolno, to brzydkie...wiadomo, mężczyzna, który ma wiele partnerek, to wspaniały kochanek, kobieta w tej samej roli.......no jak byśmy powiedzieli......?

......a to dziwka - rzekła śliwka.....
....w życiu jak na straganie.

Czy tak nie jest? Oczywiście, że tak.
Posunę się dalej, można też na przykład świetnie poznać samemu własne ciało.
- nie wolno! Ręka Ci uschnie i odpadnie!!!!!
Nie znam nikogo, kto chciałby żyć bez ręki, nie wolno to nie wolno, tak nam wmówili, więc tkwimy w tym społecznym przykazie, trochę nieszczęśliwe, ale za to przekonane o swej przyzwoitości.
Jestem jednak zdania, że powinno się próbować. Przecież to wcale nie jest takie łatwe. Nie wierzę w miliony orgazmów za każdym razem, panie wiedzą, że to skomplikowana historia wymagająca niewątpliwie treningu. No to co robić?
Puszczać się, puszczać ile się da, aż nie znajdziemy. Puszczanie jest fajne i radosne. Herezja? Mam nadzieję, że nie. Wątpliwości? Zawsze są. Najczęściej natury technicznej. I tak na przykład wśród moich rówieśniczek.....

- ....ale czy moje piersi, które wykarmiły dwójkę dzieci wytrzymają konfrontacje z jego wyobrażeniami?

Nie myślcie o tym, jesteśmy fajne w całości.
Jeżeli jesteście w szczęśliwych związkach w bonusie z rewelacyjnym seksem, ten tekścik Was oczywiście nie dotyczy, ale jeżeli tkwicie w czymś nieszczęśliwym lub co gorsza samotnym....hmmm. Szukajcie dobrego kochanka, bez niego nic się nie uda. Dla podpowiedzi dodam, że dobry kochanek to taki, który zwraca na nas w łóżku uwagę, jest czuły, cierpliwy, bacznie obserwuje, wtedy wie jaki krok powinien być następnym.
Puszczać się czy nie puszczać? Oczywiście, że tak.
Gadać o seksie? Oczywiście, że tak.
Brać z życia ile się da? Bezapelacyjnie tak. Innego mieć nie będziecie.
A dawać z siebie? Więcej niż pozwala nam na to szeroko pojęta obyczajowość.

Lepiej być uśmiechniętą "dziwką" niż cnotliwą sekutnicą.

Dobranoc Państwu, bo choć jest prawie południe, ja kładę się do łóżka. Celem uspołeczniania własnej zdziwaczałej osoby pracowałam do późnych godzin nocno-porannych w komisji wyborczej. Tak, to nie pomyłka:). A może to już na końcu była rozrywka......sama nie wiem, może trochę;)

P.S
Czy ja przypadkiem pisząc co powyżej nie straciłam bezpowrotnie szansy na posiadanie kochanka? Coś mi się wydaje, że owszem, heh.
Oj, dowcipkuje panienka od wczoraj:)

środa, 3 listopada 2010

A welonu brak.

Z blogiem jest tak. Albo piszesz tematycznego np. o truskawkach i wtedy skupiasz się i zgłębiasz wszystko co tematu truskawkowego dotyczy, albo napiszesz to co w głowie tobie siedzi i wtedy....... No właśnie. Rozcinasz skórę, pokazujesz serce, duszę i własne myśli. Bo nie da się pominąć faktu, że choć zawoalowujemy pewne historie, mieszamy czas, postaci czy wydarzenia, to prawda jest taka, że to głównie o nas samych jakkolwiek staramy się to ukryć. Wystawiamy się na publiczną pochwałę ale też i chłostę, nadstawiamy twarz i d***. I wszystko jest właściwie ok do czasu, kiedy nie odkryjesz zakładki pt. STATYSTYKI. I tu przyznać muszę, że lekko jest to stresujące, bo liczby mogą przerazić. Jako osobę tchórzliwą, wprawiły mnie w cięższe przełknięcie śliny i chwilowy paraliż palcy na klawiaturze. Z drugiej strony oczywiście ucieszyły i sprawiły, że być może jest w tym choć mikroskopijnej wielkości sens. I tej właśnie myśli dziś się uchwycę i spróbuję się pokusić o przekaz do pewnej grupy. Od rana kłębi się w głowie temat. Właściwie nie od rana, a od wczoraj. Śluby, śluby, śluby.
Myślę głównie o tych, które bierze się po raz kolejny. No tak, życie nam się źle ułożyło, nie znaleźliśmy tego czego szukaliśmy, jesteśmy teraz w nowym związku i co? Skoro jesteśmy już po rozwodzie, to młodzieniaszkami na ogół nie jesteśmy i statystycznie jest tak, że wchodzimy w nowy związek z osobą, której nasz statut związkowy jest raczej obcy, w sensie, że to rozwodnik/rozwódka nie jest. I niestety musimy zrobić założenie, że ten następny z którym się wiążemy owego ślubu chcieć będzie. Ale czy kolejny nasz ślub nie stawia nas w mało komfortowej sytuacji? Mnie się wydaje, że tak. Znów to samo, ta sama procedura, te same słowa tyle, że wypowiedziane do innej osoby, często przed tym samym lub tą sama panią z łańcuchem. Przecież to idiotyczne. Wyczuwamy lekką śmieszność sytuacji, choć nie chcemy sami przed sobą się niejednokrotnie do niej przyznać. I bynajmniej nie chodzi o to, że nie wierzę w kolejne związki. Wręcz przeciwnie. Jestem wyznawczynią teorii, że nie tylko jedna osoba w życiu jest nam przeznaczona. Nie wyszło raz, szukajmy szczęścia dalej. Piszę "nam", bo myślę o tym w kontekście samej siebie. Gdybym nagle była bez mojego partnera, teraz w wieku 37 lat, z dwójką jakby nie było już niemałych dzieci. Czy to nie jest zbyteczne proszę państwa? Czy nie moglibyśmy żyć ot tak sobie? Przecież ów ceremoniał gwarantem jak widać nie jest. Czy nie byłoby krzepiącym to, że bez żadnych wzniosłych deklaracji spędzamy ze sobą dni i noce? I to, że zwyczajnie jesteśmy szczęśliwi? Przecież to najlepszy dowód i powód. Być może powinniśmy szukać w odpowiedniej grupie ludzi lub być może ci, którzy się z nami wiążą powinni wiedzieć, że temat jest trudniejszy niż im się wydaje i istnieje pewnego rodzaju ryzyko, że poczucie szczęścia w naszym towarzystwie może wyglądać inaczej od ich wyobrażeń. Ale z drugiej strony szczęście to po prostu szczęście i jemu nic nie jest potrzebne. Jest i tyle.
Może to zwyczajnie ludzka próżność sprawia, że tak bardzo ślubów chcemy. Pragniemy, kiecek, pięknych i drogich garniturów, zamków, pałacy, plaż, dziesiątek skupionych na nas oczu, podziwu i tego uczucia, że to ten dzień kiedy każdy nam mówi jak pięknie dziś wyglądamy? Hmmmmm, nie znam wciąż odpowiedzi, pytam (najczęściej kobiet), ale ich argumenty są jak wyssane z palca, nic nie znaczą. Wiem, że w ich oczach to ja jestem dziwadłem. Nie chcę ślubu po raz kolejny, nie chciałam go nigdy. Powiedziałam o tym ostatnio mojej matce. Pukała się w czoło. Ale to nic, przy tym jak wyzywała mnie, że jestem komunistką, bo wypisana jestem z Kościoła.
Nie wierzę w ochotę rozwodników na ślub. Owszem jest pewna grupa, którą cechuje zamiłowanie do tzw. porządku rzeczy, czyli w życiu ma być tak jak należy, poprawnie, ale wydaje mi się, że to znikomy odsetek.
Nie dość, że nie chciałabym ślubu, to pomyślałam sobie właśnie, że nie miałabym nawet ochoty na to, aby z przyszłym, nowym partnerem (hipotetycznym oczywiście) budować wspólne gniazdko. Podoba mi się posiadanie tzw. własnego kąta. Jeżeli byśmy chcieli, moglibyśmy mieszkać razem przez wiele lat, może i do ostatnich dni, ale być może przyszedłby moment, kiedy potrzebowalibyśmy wytchnienia i wtedy każdy mógłby być trochę u siebie. Bardzo podoba mi się takie rozwiązanie i jeżeli stałoby się tak, że mój trwający od lat związek ległby w gruzach, z przyjemnością połączę się z jakimś uroczym, zdystansowanym do samego siebie i świata komunistą z własnym mieszkaniem.

Dobrego listopadowego dnia życzy
Komucha przed czterdziestką.



wtorek, 9 marca 2010

Masz kochanka?!



No właśnie, niby egzotyka, ale nic bardziej mylnego proszę Państwa. Choć nie należę do osób szczególnie miłych....., nie źle napisałam, jestem miła, ale nie za wszelką cenę. Zawsze mówię to co myślę i z tego powodu miewam kłopoty, a raczej brak przychylności tych, którzy pragną jedynie lukru. No trudno. A zatem, pomimo tego, że jest jak jest, często jestem powierniczką cudzych tajemnic, zwierzeń, bałaganu w głowie, swojego zresztą też. I co z tego wynika? Statystycznie sobie wyliczyłam, na przykładzie osób mi znanych, że kochanek/kochanka (bo to dotyczy obu stron absolutnie) występuje w co czwartym domu. No mnie się zdaje, że to nie mało, więc o egzotyce zjawiska nie może być mowy.
Kochanka ma się dlatego, że czegoś brakuje w domu, a ten/ta z którym żyjesz nie jest w stanie temu sprostać, z nudy, dobrobytu i rozkapryszenia oraz z głupoty i ta wersja jest najgorsza. Ale to nie wszystko. Można się w to wplątać z powodów czysto fizycznych, ponieważ nagle okazuje się, że z kimś innym, kto nie jest wcale naszą druga połówką, a w dodatku, żeby bardziej skomplikować jest połówką kogoś innego, jest nam w łóżku o niebo lepiej lub żeby jeszcze bardziej dobić, dopiero wtedy odkrywamy jak może być! Uff, muszę lecieć skrótami, bo zbyt dużo pisania/czytania będzie.
Może nam niestety ktoś w głowie zawrócić, do tego stopnia, że wszystko zaczyna się wymykać spod kontroli. Nie ma seksu, ale jest wszystko inne, i to jest proszę Państwa wersja tragiczna. Bo wtedy trudno żyć, a właściwie chyba się nie da. Wtedy, o ile to możliwe i jeżeli obie strony to wiedzą, najlepiej szybko zamykać to co za nami i próbować, bo jak się nie spróbuje to żal, że coś nas ominęło stanie się nie do zniesienia, a my niczym żywe trupy snuć się będziemy w życiu bez celu. Grzech zaniechania, straszna rzecz.
Może się też szybko okazać, że ci, którzy wydawali nam się best of the best, top of the list, numero uno, wcale tacy nie są, pokazują nam gdzie nasze miejsce i szybko wracamy z podkulonym ogonem. Ale to chyba wiadomo od razu więc klasyfikuje się jako posiadanie kochanka z głupoty. Nie jestem pewna. No dobrze, ale przecież ma się już kogoś, jest się w związku, jest się mężem, żoną. Mówiło się kocham i że tylko z tobą do końca życia. Hmm, tych których to uczucie nie opuszcza nazywam szczęściarzami. A jeżeli w trakcie małżeństwa niespodziewanie, nagle pojawia się Ktoś i................................!!!
Wszystko może się wydarzyć, a życie pisze różne scenariusze i nim się człowiek zorientuje, jest bohaterem tych najbardziej nieprawdopodobnych.
Oczywiście kiedy podejmuje się decyzje za samego siebie to pół biedy, ale kiedy w grę wchodzi rodzina, dzieci, sprawy komplikują się jeszcze bardziej. Nie ośmielam się napisać, co się powinno, a czego nie. To sprawa bardzo osobista i każdy sam musi wiedzieć z czym potrafi żyć, czego wyrzec się na zawsze......
Jest jeszcze coś......coś kompletnie kosmicznego, kiedy bardzo interesuje ciebie ktoś zupełnie NIERZECZYWISTY.
Ale o tym następnym razem. Może:)

P.S. Ten ze zdjęcia byłby mój:)

czwartek, 4 marca 2010

Miało być o czymś innym, więc bez tematu

Mam pewną słabość. Słabość do podglądania. Do podglądania tych którzy mieszkają w domach po drugiej stronie ulicy. Uwielbiam ten stan utknięcia w oknie i patrzenia na to co się dzieje w innych oknach. Robię to od lat, odkąd pamiętam właściwie. W dzieciństwie, kiedy mieszkałam z rodzicami wlepiałam oczy w blok naprzeciwko. Nie było łatwo, bo odległość nie mała, ale za to ile okien do obserwacji. Widziałam jedynie zarysy mebli, przedmiotów, ale zawsze widziałam po której stronie w pokoju stoi "segment", gdzie w kuchni lodówka i mogłam sobie wyobrażać całą resztę. No i u kogo pojawiła się pierwsza choinka. Miałam nawet swoje ulubione okna pod względem najładniejszych firanek!
Teraz mieszkam w samym sercu miasta, o czym marzyłam od lat, choć większość moich znajomych puka się po głowie i nie rozumie jak można chcieć mieszkać w starej kamienicy, przy wejściu której stoi zawsze czterech żuli, ma się do pokonania cztery piętra a w mieszkaniu odległość czterech metrów od podłogi do sufitu. No i uliczny jazgot. Sielskość zawsze mnie jakoś nudziła. Lubię spacerować ulicami miasta, nie mogę się już doczekać ciepłych dni. Tęsknię za swoją ławką przy Teatrze Polskim. Ławką i kawką rzecz jasna. I gapienie się na ludzi. Straszny pożeracz czasu, ale to właśnie moje przyjemności. W niedzielę przestawiłam stół w pokoju i mam teraz nieograniczony dostęp do okna. Utknęłam w nim późnym popołudniem z kanapką w ręce, a tam mój sąsiad po drugiej stronie też z kanapką. Niżej na pierwszym piętrze dziewczyna, która maluje. Widać obrazy na sztalugach, cały pokój zawalony przedmiotami, ale wczoraj siedziała przy biurku i maleńkim pędzelkiem malowała coś na papierze chyba. Nie wiem, mogę się jedynie domyślać. Jest też chłopak, który gra na gitarze, niżej studenci, którzy przemalowali drzwi na czerwono i urocze mieszkanie z uroczym balkonem, na którym latem codziennie siedzi pani w papilotach i czyta książki. Balkon jest w milionach doniczek i innych bibelotów. Czuję, że się poznamy i będziemy się zapraszać na nasze balkony i pić kawę. Wszak towarzystwo do kawy jest niezbędne. W zamierzeniu miałam napisać zupełnie o czymś innym, a wyszło tak jak wyszło. I niech tak zostanie.
O miłości dużo słyszę, o wątpliwościach, o strachu. Najczęściej ludziom się wydaje, że to miłość, są podatni na to, że ktoś zwrócił na nich uwagę, że się coś dzieję. Tak bardzo chcą żeby się coś działo, żeby były emocje. Zupełnie nie widzą prawdziwych uczuć, bo te na ogół są ciche, trzymają się na uboczu. Miłość nie jest przebojowa proszę Państwa. Ten kto kocha to nie ten/ta, który wysyła smsy w środku nocy, zjawia się kiedy chce, nie manifesto w stylu i love you i need you i miss you, ale to jak ktoś za tobą wybiega na schody, bo czapki zapomniałeś a na dworze piździ, jak ktoś dzwoni, bo się martwi, że jeszcze cię w domu nie ma i kto w środku nocy pobiegnie do apteki, bo umierasz z bólu głowy. Nie, o tym muszę napisać cały post, ale to innym razem.
Wszystko można kupić, wszystko można sprzedać, samemu można być produktem i sprzedawać siebie, twarz, słowa, dziewictwo (słyszałam o tym ostatnio), swoje życie. Ale myślę, że w tym wypadku kupującego i sprzedającego łączy jedna rzecz. Jeden i drugi wróci do domu, usiądzie na kanapie i kompletnie nie będzie wiedział dlaczego to zrobił.
Słoneczny dzień, idę na kawę.



To moje okno, mój parapet i mój kot - jeden z dwóch.

poniedziałek, 8 lutego 2010

X

Usłyszałam dzisiaj rano o kimś, kto niewiarygodnie zadurzył się w kimś, kogo nie znał. Tak właśnie. Wiedział jedynie o tej drugiej osobie to, co przeczytał, co zobaczył na zdjęciach i czego się trochę sam domyślił. Wiedział, że ta druga osoba obłąkańczo uwielbia pewne perfumy. Od kilku dni nosi w kieszeni próbkę owych perfum i za każdym razem, kiedy wkłada tam rękę i czuje ten zapach umiera. Nigdy nie wiesz co na Ciebie spadnie, co się przytrafi, kiedy dostaniesz miłością w łeb, choćby tak niedorzeczną.

Ktoś powiedział mi wczoraj, że za dużo przeklinam. I co z tego. To są emocje, a ja się składam w 90% z emocji.

Bita śmietana z pokruszonymi w niej bezami i na niej truskawki. Kiedy wkładasz łyżeczkę tego nieba do ust, przygryzasz i czujesz chrupiącą, słodką bezę w śmietanie i za pół sekundy smak truskawki, to nie wiesz co się z tobą dzieje.
Panie Boże, nigdy nie wierzyłam w Twoje istnienie, ale jeśli sprawisz, że nie będę pragnęła tego smaku ciągle więcej i więcej, przyjdę do Ciebie do kościoła.

piątek, 5 lutego 2010

??? kto zna odpowiedź

Co zrobić, żeby czuć miłość, miłość, miłość....., a nie wkurwienie, wkurwienie, wkurwienie???????????????

Wiem! Mam ciasteczko i zaraz je zjem!:)