Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sąsiedzi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sąsiedzi. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 marca 2010

Miało być o czymś innym, więc bez tematu

Mam pewną słabość. Słabość do podglądania. Do podglądania tych którzy mieszkają w domach po drugiej stronie ulicy. Uwielbiam ten stan utknięcia w oknie i patrzenia na to co się dzieje w innych oknach. Robię to od lat, odkąd pamiętam właściwie. W dzieciństwie, kiedy mieszkałam z rodzicami wlepiałam oczy w blok naprzeciwko. Nie było łatwo, bo odległość nie mała, ale za to ile okien do obserwacji. Widziałam jedynie zarysy mebli, przedmiotów, ale zawsze widziałam po której stronie w pokoju stoi "segment", gdzie w kuchni lodówka i mogłam sobie wyobrażać całą resztę. No i u kogo pojawiła się pierwsza choinka. Miałam nawet swoje ulubione okna pod względem najładniejszych firanek!
Teraz mieszkam w samym sercu miasta, o czym marzyłam od lat, choć większość moich znajomych puka się po głowie i nie rozumie jak można chcieć mieszkać w starej kamienicy, przy wejściu której stoi zawsze czterech żuli, ma się do pokonania cztery piętra a w mieszkaniu odległość czterech metrów od podłogi do sufitu. No i uliczny jazgot. Sielskość zawsze mnie jakoś nudziła. Lubię spacerować ulicami miasta, nie mogę się już doczekać ciepłych dni. Tęsknię za swoją ławką przy Teatrze Polskim. Ławką i kawką rzecz jasna. I gapienie się na ludzi. Straszny pożeracz czasu, ale to właśnie moje przyjemności. W niedzielę przestawiłam stół w pokoju i mam teraz nieograniczony dostęp do okna. Utknęłam w nim późnym popołudniem z kanapką w ręce, a tam mój sąsiad po drugiej stronie też z kanapką. Niżej na pierwszym piętrze dziewczyna, która maluje. Widać obrazy na sztalugach, cały pokój zawalony przedmiotami, ale wczoraj siedziała przy biurku i maleńkim pędzelkiem malowała coś na papierze chyba. Nie wiem, mogę się jedynie domyślać. Jest też chłopak, który gra na gitarze, niżej studenci, którzy przemalowali drzwi na czerwono i urocze mieszkanie z uroczym balkonem, na którym latem codziennie siedzi pani w papilotach i czyta książki. Balkon jest w milionach doniczek i innych bibelotów. Czuję, że się poznamy i będziemy się zapraszać na nasze balkony i pić kawę. Wszak towarzystwo do kawy jest niezbędne. W zamierzeniu miałam napisać zupełnie o czymś innym, a wyszło tak jak wyszło. I niech tak zostanie.
O miłości dużo słyszę, o wątpliwościach, o strachu. Najczęściej ludziom się wydaje, że to miłość, są podatni na to, że ktoś zwrócił na nich uwagę, że się coś dzieję. Tak bardzo chcą żeby się coś działo, żeby były emocje. Zupełnie nie widzą prawdziwych uczuć, bo te na ogół są ciche, trzymają się na uboczu. Miłość nie jest przebojowa proszę Państwa. Ten kto kocha to nie ten/ta, który wysyła smsy w środku nocy, zjawia się kiedy chce, nie manifesto w stylu i love you i need you i miss you, ale to jak ktoś za tobą wybiega na schody, bo czapki zapomniałeś a na dworze piździ, jak ktoś dzwoni, bo się martwi, że jeszcze cię w domu nie ma i kto w środku nocy pobiegnie do apteki, bo umierasz z bólu głowy. Nie, o tym muszę napisać cały post, ale to innym razem.
Wszystko można kupić, wszystko można sprzedać, samemu można być produktem i sprzedawać siebie, twarz, słowa, dziewictwo (słyszałam o tym ostatnio), swoje życie. Ale myślę, że w tym wypadku kupującego i sprzedającego łączy jedna rzecz. Jeden i drugi wróci do domu, usiądzie na kanapie i kompletnie nie będzie wiedział dlaczego to zrobił.
Słoneczny dzień, idę na kawę.



To moje okno, mój parapet i mój kot - jeden z dwóch.