poniedziałek, 7 listopada 2011

c.d

A oto odpowiedź na wczorajszy wpis.............

...Człowiek jest niczym więcej niż własnym obrazem. Niech sobie filozofowie tłumaczą, że opinia świata waży niewiele, a liczy się jedynie to, czym jesteśmy. Filozofowie niczego nie rozumieją. Tak długo jak będziemy żyć wśród ludzi, będziemy tym, za co ludzie nas uważają. Gdy pytamy wciąż siebie, jak widzą nas inni, gdy się wysilamy, by wyglądać tak sympatycznie jak tylko możliwe, biorą nas za wielkich spryciarzy albo za szelmy. Czy jednak pomiędzy moim ja a ja drugiej osoby istnieje bezpośredni kontakt, bez udziału oczu? Czy jest do pomyślenia miłość bez trwożliwej pogoni za własnym obrazem w myślach ukochanej osoby? Kiedy tylko przestaje nas obchodzić sposób , w jaki ona nas widzi, już jej nie kochamy.
Naiwnym złudzeniem jest wiara, że nasz obraz jest zwykłym pozorem, za którym skrywa się prawdziwa substancja naszego ja, niezależna od spojrzenia świata. Imagolodzy dowodzą ze skrajnym cynizmem, że jest odwrotnie: nasze ja jest zwykłym pozorem, nieuchwytnym, nie opisanym, niejasnym, podczas gdy jedyną rzeczywistością, aż zbyt łatwą do uchwycenia i do opisania, jest nasz obraz w oczach innych. Lecz najgorsze jest to, że nie jesteś jego panem. Na początku próbujesz sam go namalować, następnie zachować przynajmniej na niego wpływ, kontrolować go, lecz na próżno: wystarczy jedno nieżyczliwe określenie, by na zawsze zamienić cię w żałosną karykaturę...

To powiedział pewien miły (i mądry) Pan, który co prawda nie jest moim kolegą, ale jak Państwo wiedzą nigdy nic nie wiadomo...:)




I.Bo

niedziela, 6 listopada 2011

Człowiek kontra CZŁOWIEK

„A co, jeżeli rzeczywistość tak naprawdę jest iluzją i nic nie istnieje? — Cóż, w takim razie zdecydowanie przepłaciłem mój nowy dywan.”


Jakaś wybitna jednostka, może sztuczna inteligencja, maszyna, cokolwiek czego nie potrafię zdefiniować posiada wiedzę o tym, że człowiek wspaniale nadaje się do tresury. Sam człowiek od czasu do czasu tresuje inne różne stworzonka, ciesząc się niezmiernie z tej umiejętności nie rozumiejąc, że sam jest najbardziej wytresowanym bytem. Jednostka wybitna wie, że człowiek jest wbity w ramy, które z niewiadomych przyczyn są dla niego ważne. Wykorzystuje zatem tę człowieczą słabość, bierze go w "imadło" zmuszając odpowiednim kierowaniem i kreowaniem rzeczywistości do podporządkowania i grożąc leciutko palcem, że niesubordynacja może dla nieszczęśnika skończyć się źle i zostanie on usunięty z planszy. Plansza to nic innego jak normy społeczne, status, postrzeganie. Ale postrzeganie czego i przez kogo? Nas przez drugiego człowieka, a opinia jak jesteśmy postrzegani ( zamożny, biedny, coś potrafi, niczego nie umie, posiada to czy owo, jest kimś w naszym odczuciu lub zupełnie nieznaczącym osobnikiem) wydaje się być dla nas najważniejsza. Bo sami nie wiemy kim jesteśmy i nie mamy wiary w siebie? Bo nie widzimy własnego "ja" bez określenia nas przez innych?. Tworzymy nasze "ja" krążącymi wokół nas zainteresowaniami, poglądami, ideami, skupiając wokół siebie przedmioty i dobra. To one według nas są określeniem naszego "ja" i to one powodują, że jesteśmy w taki a nie inny sposób postrzegani przez innych. Ale gdyby tak poklepać człowieka po plecach, chwycić za rękę, spojrzeć głęboko w oczy i powiedzieć..."to wszystko nie istnieje, to świat nierzeczywisty, możesz powiedzieć to, co naprawdę myślisz, możesz robić od dziś to, co chcesz. Od zawsze uwielbiałeś zapach drewna, głaszczesz przy każdej okazji deski, podpatrujesz namiętnie stolarzy w pracowni. Rzuć tę robotę w banku, której nienawidzisz, a która według ciebie określa twoje "ja". Jego posada mówi - ma dobrą pracę, duże mieszkanie, żonę, wakacje latem w Egipcie, zimą w Alpach, ma samochód. Jest człowiekiem wyżej postawionym w społeczeństwie, jest kimś.
To co gromadzi wokół siebie, określa jego jakość. Ale on sam wie tak w głębi duszy, tak bardzo potajemnie, że chciałby być kimś innym. Ale to automatycznie stawia go w innym miejscu klas społecznych. Tak, wielu z was powie teraz :..."nie prawda, nie mam nic przeciwko byciu stolarzem, to przecież świetny zawód". Ale ilu z was porzuciłoby to, czym zajmujecie się teraz dla marzeń, dla tego czego pragniecie naprawdę?
Niewielu, ze mną na czele. Bo to nas określa, bo tak tworzymy własne "ja" tyle, że to ułuda. To wszystko dla postrzegania przez innych. Nie chodzi oczywiście tylko o nasze zajęcie zawodowe, ale o życie osobiste też. Ilu z was potrafiłoby porzucić niekochaną żonę/męża w imię prawdziwej miłości i być postrzeganym jako łajdak? Kto sprzedałby dom, który określa go jako człowieka majętnego na rzecz tułaczki po świecie i życia cyganerii o której w głębi duszy marzy? Kto odważyłby się na to, by ludzie na jego widok pukali się w czoło? Dziecinada - ktoś powie - ale czy właśnie postępowanie dzieci nie jest tym prawdziwym życiem? Pokazywaniem prawdziwego "ja"? Dziecka do pewnego momentu nie wytresujesz, ono wyraża się prawdziwie, jest szczere i szczerze zaskakujące, robi i mówi to, co myśli nie zważając na konsekwencje. Do pewnego momentu oczywiście.....
A sukces? Czymkolwiek on by był. Dobrze sprzedaną usługą finansową, wysokim utargiem sprzedaży, podpisaniem świetnego kontraktu. Kiedy człowiekowi, który właśnie odniósł sukces (zwłaszcza według niego samego) pogratulujesz osiągnięcia i zaraz potem zapytasz o zdrowie jego matki, licz się z brakiem przychylności, a nawet wrogim zachowaniem. Wykrzyczy tobie spojrzeniem - "Halo, to jest sukces, a ty mnie pytasz o zdrowie matki?! Ja mam sukces, to zawodowa satysfakcja (oczywiście wiemy to). Po to rypię całymi dniami, żeby kupić sobie mieszkanie. Duże mieszkanie!". No i zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że ów człowiek uznał, że sukces zawodowy określa tak bardzo jego "ja". Nie rozumie jednak, że dbanie o zdrowie i zainteresowanie starą matką, jego stopień wrażliwości i człowieczeństwa (którego przecież wcale mu nie brak) określa tak naprawdę jego samego. Tworzy jego "ja". Sukces i moc posiadania (czegokolwiek) ma moc większą niż to jakimi ludźmi jesteśmy w istocie. A praca i sukces to przecież tylko jedna składowa, która być może świadczy jedynie o naszej zaradności. A może nie. Może to warunki jakimi obdarowała nas firma i nie tak wcale trudne zadanie powoduje, że osiągamy pożądany sukces. Ci, którzy są nad nami dobrze o tym wiedzą, znają naszą słabość do tworzenia własnego "ja", do tego co pomyślą o nas inni. Wiedzą, że za wszelka cenę (choć nie zawsze) podporządkujemy siebie nałożonym celom. I jest sukces: ich - bo robimy to, co nam każą i nasz - bo chcemy być odpowiednio postrzegani. I tak biegniemy, żeby nie powiedzieć pędzimy i kiedy jesteśmy na prowadzeniu szczerzymy zęby w uśmiechu sukcesu, nie zdając sobie sprawy, że oto właśnie, w tym momencie jest już koniec, bo za moment następni nas przegonią i to oni będą pierwsi. I tak dalej i tak dalej, bieg się toczy, a trupów wciąż przybywa. Trupy - ludzie, którzy pozostali bez firmowych laptopów, telefonów, samochodów, premii, za to z kiepskim postrzeganiem samego siebie. Nie wiedzą co ze sobą począć, skoro pozostało im jedynie.......ŻYCIE. I najprawdopodobniej wszyscy oni wylądują na kozetce psychologa np. u mojej uroczej koleżanki Naty Ru......Natalia zwiastuję tobie wieeeelkie pieniądze:)...ale wracając do rzeczy. A idee i poglądy? Kiedy ludzie spierają się o coś, wcale nie chodzi w pewnym momencie dyskusji o same poglądy, tylko o to, że za chwilę okaże się, że któryś z nich nie ma racji, że przegrał. A kto chce być przegranym? Nikt. To wszystko zrobiło się ważniejsze niż sam człowiek, a może zawsze było. Przez tysiące lat żołnierze-biedactwa stali na linii frontu w imię........jakiejś szalonej idei. A każdy z nich wolałby siedzieć przy stole w rodzinnym domu, jeść ciasto drożdżowe i popijać herbatą.
Z jakiś powodów (najprawdopodobniej władczych) ktoś przepięknie tym wszystkim i nami kieruje. Jesteśmy jak małpki w cyrku. Człowieka jak żadne inne stworzenie można wspaniale wytresować i to prawie bez żadnego wysiłku. Wierzę, że świat w którym żyję jest trochę zmyślony, rzeczy nie dzieją się naprawdę. Kiedy przymknąć oko widać to dość wyraźnie. Dlatego być może nie traktuję go zbyt poważnie i spuszczam regularnie powietrze. Gdyby każdy z nas co jakiś czas również upuścił ciut nadęcia atmosfera zrobiłaby się lżejsza, mniej duszna, swobodna, czego sobie i Państwu z całego serca życzę.
Wierzę w to, co powiedział kiedyś Woody Allen, a nawet jestem tego pewna. Czuję to na każdym kroku i każdego dnia......

"Bez wątpienia istnieje świat niewidzialny. Jest tylko problem: jak to daleko od centrum miasta i do której jest u nich w tygodniu otwarte?"




I.Bo

czwartek, 20 października 2011

Nawet Pies Z Kulawą Nogą.....

Wiedział, że dzisiejszy dzień jest szczególny. To ten dzień, który być może uratuje go od wszystkiego w czym tkwił. Od beznadziei, tęsknoty i zwykłego fizycznego bólu. Patrzył na swoją nogę i wiedział, że długo już to nie potrwa. Jeszcze niedawno miał moment, kiedy chciał siebie ratować. Podszedł pod szpital i stał po drugiej stronie ulicy, patrząc na wejście. I wtedy ją zobaczył. Joanna - minęło tyle lat, a wyglądała zupełnie jak wtedy, gdy widział ją po raz ostatni. Serce mu zamarło z emocji i strachu jednocześnie, że mogłaby go zobaczyć w takim stanie. Uciekł. A był przecież świetnie zapowiadającym się muzykiem......, dziś już to wszystko nie powróci, stracił, choć sam nie wiedział kiedy to się stało. Bo pił, bo nie dbał, bo zawsze stawiał opór wszystkim i wszystkiemu. Pijak, żul, śmieć, bezdomny - tak o sobie słyszał przez ostatnie lata. Wiedział, że dzisiejszy dzień jest szczególny. Noga dawała w kość, tracił lekko przytomność oparty o murek, myśląc, że to zmęczenie i brak jedzenia. Ludzie z odrazą odwracali od niego głowy. Smród wydobywający się z ran był nie do wytrzymania. Nie było nikogo, kto zatrzymałby wzrok na nim dłużej niż kilka sekund, nikt poza jego jedynym, wiernym przyjacielem, oprócz Psiny Z Kulawą Nogą. Psina leżała obok opierając łeb na jego dłoni. Wiedziała to samo co on. On - Jan Rogucki, rocznik 67, świetnie zapowiadający się muzyk, jak mówili profesorowie Akademii Muzycznej w Poznaniu. Kiedyś miał przyjaciela - Roberta - pracowali jakiś czas razem, później drogi się rozeszły, choć kumpel nie dawał za wygraną i bardzo chciał mu pomóc. Czasami zastanawiał się co powinien zrobić - zabraniać picia na siłę, czy może usiąść i pić razem z nim. Ale doglądał, dbał jak umiał. Kiedy Jan zniknął, nie mieli już kontaktu, oprócz jednego incydentu, kiedy to Janek był już bez domu i tułał się po ulicach. Wpadli na siebie przypadkiem. Robert zaciągnął go siłą do samochodu i zawiózł do szpitala, gdzie pracował znajomy lekarz. Janek wypisał się na własną prośbę następnego ranka. Od tego dnia nie spotkali się już nigdy.
- Nie jest dobrze - pomyślał - dlaczego akurat dziś przypomina mi się Joanna i on. Cholera, czy to naprawdę dziś? Pieprzone życie, niech się lepiej już kończy, chyba sam mam już dość. Może nawet trzeba było zrobić to szybciej, wtedy, kiedy wyszedłem ze szpitala. Tak, to był moment, w którym powinienem był skończyć, albo zacząć wszystko jeszcze raz. Powrót na ulice tylko oddalił dzisiejszy dzień. Nic więcej. W bonusie ból. Nic więcej.
- Nic więcej nie mogę dla Pana zrobić - powiedział urzędas, do którego zwrócił się o pomoc Janek, kilka tygodni temu.
"Nic więcej" to najczęściej słyszany zwrot ostatnich lat.
- I może słusznie, ja też nie miałem "nic więcej" do zaoferowania światu. Nic oprócz muzyki, bo przecież byłem.......świetnie zapowiadającym się muzykiem. To pamiętam. Nic więcej. Nie mam wspomnień, a może tylko na chwilę zapomniałem. Kurwa, co za ból. Śmierć też się Panu Bogu nie udała. No i co skurwielu? Patrzysz na mnie z nieba i co? Czekasz na mnie? Na pewno nie, tacy jak ja lądują na ulicy nawet po śmierci. Tak, tak, ja wiem co powiesz...nieś swój krzyż synu, ale wiesz co? Ja mam w dupie ten krzyż, ja chciałem nosić skrzypce, nie krzyż, czy to tak dużo? Dzięki wielkie stary, pewnie mi powiesz jak każdy, że "nic więcej nie mogłeś zrobić", bo wybory należały do mnie. No i pięknie, kurwa, wybierać też nie umiałem, to teraz mam za swoje.
Popatrzył na Psinę z Kulawą Nogą, która nasłuchiwała pilnie, jakby słyszała wszystkie przed chwilą przelatujące mu przez głowę myśli.
- Ty jedna, kochana mi zostałaś. Kocham cię bardzo i wiesz, martwię się co z tobą będzie jak ja już w końcu odwalę tu kitę w tym zaułku. Kurwa, nawet miejsce mam podłe. Nie....doczołgam się jakoś tam dalej, tam pod te krzaki za budynkami.
Psina rozumiała wszystko, wsparł się na niej i na czworaka, przeszedł kilkanaście metrów.
- Tu kochana już będzie dobrze - powiedział - dalej już nie trzeba. Muszę się położyć, trochę mi słabo i zmęczony jestem. Przytul się do mnie proszę.......
Zamknął oczy i wszystko stało się piękne. Miał skrzypce, miał Joannę, miał dom.....
- Obym się z tego nie wybudził.......

-------------------------------------------------------------------------------------

- Śniadanie jakieś jest w tej budzie? Mogłabyś raz zrobić coś lepszego, co to za parszywe żarcie?!
- Byłoby, gdybyś pieniądze jakieś przynosił. Łazisz tylko z kolegami na wódę, a potem się dziwisz, że jedzenia nie ma. Mareczek gorzej się czuje, do doktora trzeba jechać, lekarstwa wykupić, skąd mam brać na wszystko darmozjadzie jeden.
- Stul pysk, bo ci tak przypierdole, że nawet twój Mareczek mały ciebie nie pozna. Nie miałaś dość ostatnio?
Miała dosyć. I bicia i męża. Czasami modliła się nawet, żeby coś mu się stało, żeby po pijaku pod samochód jakiś wpadł, albo co. Żeby się tak ze swoimi kompanami zapił na śmierć i nigdy już nie wrócił do domu. Nie wiedziała jakby sobie poradziła z trójką dzieci, ale wszystko było lepsze niż Heniek śmierdzący codziennie alkoholem. Chciała rozwodu, ale pokazywał jej tylko pięść i głośno się śmiał, wrzeszczał, że żadnego rozwodu nie będzie, a z bachorami radzić sobie ma sama, jak tyle narodziła. A nawet nie wie czy to jego. Bolały te słowa bardzo. Czyje one miałyby być jak nie Heńka. Przecież jest przyzwoitą dziewczyną, a i dzieciaki podobne do niego. Czasami złość ją taka brała, kiedy widziała heńkową podobiznę w małych twarzyczkach. Zaraz znak krzyża robiła i o wybaczenie prosiła Najświętszą Panienkę, że myśli takie złe ją nachodzą. Przecież dzieciny niewinne, że do ojca podobne. No i że życzyć śmierci się nie godzi, nawet Heniowi. Tylko jak dzieci bił, to serce jej pękało, zasłaniała je swoim ciałem i wtedy dostawała podwójnie. Zakrywała sińce, smarowała maścią i żyła dalej w nadziei, że los się może kiedyś odmieni.
Usłyszała trzask drzwi. Wyszedł znowu się nachlać, chociaż do powrotu będzie miała trochę spokoju. Dzieciaka na spacer weźmie jak starsze do szkoły wyjdą i z Baśką się może spotka na ławce. Baśka zawsze miała dla niej dobre słowo i w krytycznych momentach pomagała jak się tylko dało. Znów uczyniła szybki znak krzyża, tym razem w podzięce Najświętszej Panience za Basię.

-------------------------------------------------------------------------------------
- Heniu, kurwa, na ciebie to zawsze trzeba czekać.
- Moja mi łeb suszyła, że pieniędzy nie daje i do gara niby nie ma co włożyć.
- To ty nie wiesz jak się z suką postępuje? Przypierdolić raz rano, żeby się nie odzywała i raz wieczorem, żeby nie zapomniała za co dostała rano. No, a teraz flaszkę otwieraj, bo mi łeb od rana pęka. Napijemy się chłopie to się zaraz lepiej nam zrobi. Tam za osiedlem jest takie dobre miejsce, ostatnio z chłopakami wypiliśmy siedem flaszek. Mówię ci kurwa.......
- Ty patrz, a ten co tu tak leży z tym psem?
- Nie rusza się, śpi albo co. Co za smród, kurwa, lepiej nie ruszaj, choć Heniek, pies tak jakoś na nas patrzy, kawał bydlęcia.
Odeszli, a Psina z Kulawą Nogą zaczęła kopać dół dla swojego przyjaciela. Stara była, ale silna jeszcze i choć też schorowana wytężyła wszystkie swoje siły i łapami odgarniała ziemię. Kiedy dół był wystarczająco głęboki, zębami chwyciła za podartą kurtkę i wciągnęła przyjaciela. Na powrót zaczęła zagarniać ziemię, kiedy skończyła, zatoczyła kilka kółek na rozkopanej ziemi i położyła się na mogile.

- Ty, a może ten śmierdziel miał jakąś kasę albo coś innego, co by mu zapierdolić można. Choć wrócimy tam i przetrzepiemy go. I tak już chyba tam zdychał, albo tak zapił się, że przytomność stracił, nic nam nie zrobi.
Wrócili na miejsce pod krzakami ale po Janku nie było śladu, tylko Psina z Kulawą Nogą leżała bez ruchu.
- Co jest kurwa, przecież niedawno tu był? Sam nigdzie nie polazł z tą paskudną nogą, gdzieś tu musi być, rozejrzyjmy się, na pewno gdzieś tu jest. Takiemu to dla fanu można mordę skopać.
- Jak się nie broni to co to za zabawa, kurwa.
- Jak to jaka? Podwójna hahahahah!
- Pierdolę to, nie chce mi się gnoja szukać, w dupie to mam gdzie polazł kulas jeden. Po takim to nawet kurwa pies z kulawą nogą nie zapłacze.......
W tej samej chwili Psina wyskoczyła z krzaków. Przerażony Heniek, chciał odskoczyć na bok. Niefortunnie jednak nadepnął na wyrzuconą butelkę i poślizgnął się uderzając głową o kamień. Psina dopadła jego kompana i chwyciwszy go za gardło razem z nim runęła na ziemię. Mężczyzna próbował się wyswobodzić, odpychał jej łeb, jednak Psina była na tyle silna, że nie uległa i zaciskała swoje zęby na jego szyi coraz mocniej i mocniej. Psina nie odpuszczała do chwili kiedy poczuła, że przestał się szarpać a jego dłonie opadły bezwładnie na ziemię. Wstała i obwąchawszy obu, ruszyła do kopania kolejnych dwóch dołów.

-------------------------------------------------------------------------------------
Po trzech miesiącach od trzaśnięcia drzwiami Kaśka dostała pismo z prokuratury, że jej męża Heńka uznano za zaginionego i zaprzestano wszelkich poszukiwań. Siedziała przy stole bez ruchu i czytała po raz kolejny urzędowe pismo.
- Mamo, mogę iść do koleżanki? Potem róże pójdziemy posprzedawać na rynku, groszy parę wpadnie - zapytała jej najstarsza córka stając w kuchennych drzwiach.
- A idź dziecinko, idź, tylko pomóż mi znieść wózek, pójdę z Mareczkiem na spacer, pogoda taka ładna. Może potem placek upiekę, Basia tyle śliwek przyniosła, kompoty porobione na całą zimę....no placek upiekę jak wrócę.
Przytuliła córkę i ukradkiem otarła łzę. Ubrała Mareczka i wyszła. Usiadła na swojej ławce i pospiesznie uczyniła znak krzyża.
- Dziękuję Najświętsza Panienko, żeś mi Heńka zabrała i nawet jeśli to grzech to ja dziękuję, że dzieci więcej bić nie będzie. Źle mu nawet nie życzę, ale żeby do nas już nie wracał.
Po tych słowach na ścieżce pojawiła się Basia. Przeczytała urzędowe pismo i przytuliła przyjaciółkę. Obie siedziały na ławce parę chwil w milczeniu obserwując grających w piłkę chłopców.
- Baśka, widzisz tego psa? On tam codziennie siedzi jak ja tu na ławeczkę naszą przychodzę. Siedzi tam i patrzy na mnie. Bidula, na trzech łapach chodzi, bo ta czwarta krótsza jest, obcięta czy co. Tak mi się serce kroi jak na niego patrzę, może bym go przygarnęła...
- A czemu nie, raźniej by ci było, a i pożytku więcej niż z Heńka. Jak go nie ma teraz, to bierz psa. Mareczek cieszyć się będzie, a i starsze zadowolone będą.
- Psinko choć tu......
Psina jakby czekała na te słowa, podbiegła i położyła łeb na jej kolanach.
- Psino kochana ty moja. Ona tak patrzy jakby mnie znała.....Myślisz Basia, że zaczyna mi się nowe życie?
- Myślę, że całe życie przed Tobą kochana.



P.S wymieniłam piosenkę

I.Bo

wtorek, 4 października 2011

środa, 28 września 2011

J

Z powodu braku czasu zawieszam chwilowo działalność blogową. Ha i jak to zwykle bywa w takich przypadkach, pewnie za moment skrobnę coś przekornie. Albo będzie to złośliwość losu, że akurat chwila się znajdzie i wyjdę na głupka. Cóż, bywa....nie pierwszy raz. To jest zupełnie tak, jak się człowiek przed światem chwali, że dzieci nie chorują i trach, zaraz jakaś zaraza i 39 stopni jak na życzenie. Więc ani słowa. I ani słowa o porze roku na "j" - jak słusznie zauważył Gustav. Bo jak się już wypowie to słowo, to jest koniec świata, cuda wianki, las, 30-letni termos w kwiaty malowany, Grochowiak i nowa ambona w dragonowym kościele. Bardzo ładna zresztą, pachnąca pięknie drewnem. Chłód rano i zmęczenie koło 14-tej, "syndrom przedszkolaka" z opadającą na.....cokolwiek głową. Stare piosenki, stare filmy, przydługie sms'y, zaskakująca popołudniowa spontaniczność, najlepsze wieczory.
Bo kiedy jest "j" to jest wszystko, ale ani słowa.

I piosenki, które się mamrocze pod nosem idąc ze słuchawkami w uszach przez city. Ta wbiła się w łeb przedwczoraj i najmniejszego zamiaru nie ma, żeby opuścić.



Dobrych dni

I.Bo

Właśnie przypomniała mi się przeczytana przed laaaaaty książka Gene Gutowskiego "Od Holocaustu do Hollywood" i pamiętam, że nie mogłam pojąć jak uciekając spod hitlerowskiej kostuchy śmierci, leżąc gdzieś zdyszanym w rowie, można ot tak z napotkaną w tym miejscu dziewczyną (też zdyszaną i przerażoną) zwyczajnie się kochać. Zwyczajnie - niezwyczajnie, kto to wie. Dziś już nie wydaję mi się to takie dziwne. Postawieni w sytuacji ekstremalnej, sami siebie zaskakujemy.
Gene Gutowski urodził się tego samego dnia co ja, tyle, że w 1925.

poniedziałek, 19 września 2011

Uważaj

Piosenka na ten tydzień. Jedna z pakietu na ten tydzień.

".......Wyobraź sobie, że to jest film i że w nim gramy, znasz scenariusz, wiesz, że wkrótce się spotkamy i że nie będzie happy endu...."




I.Bo

czwartek, 8 września 2011

Chleb z masłem lekarstwem na wszystko.

Kiedy człowiek rano otwiera oczy nigdy nie wie co go czeka, co się wydarzy właśnie tego dnia. Każdego ranka można przecież zacząć wszystko od nowa. Nowy dzień, nowe nadzieje, nowe możliwości i ta trochę głupawa, przesadnie optymistyczna chęć działania. 6.15 wystrzał z łóżka, na bosaka do łazienki, po drodze pstryk....."tu Trójka, program III Polskiego Radia jest godzina.....", zbieg po chleb, wbieg z chlebem i gazetą, śniadanie jednemu, drugiemu, trzeciemu, śniadanie "na wynos" drugiemu i trzeciemu, śniadanie w rękę czwartemu, bo za późno wstał. Później już tylko wrzut czegoś na siebie, kosmetyczka w rękę, Matejko na twarzy i kawa. Człowiek jest gotów do wyjścia z domu i wejścia w nowy dzień życia. Gotowy i przygotowany na wszystko, optymistycznie patrzący w przyszłość, łaskawy dla słabości drugiego człowieka, odważny, by bronić swoich racji, uzbrojony w.........no właśnie - w nic. Nie szkodzi i tak ma nadzieję, że zdobędzie świat, a pokolenia będą go wspominały latami. Ok, wystarczy jak wspomną choć w następnym tygodniu przy kolacji. Takie czasy.
Nie zawsze jednak wszystko idzie jak po maśle, a świat i ludzie z uporem nam przypominają, że rzeczywistość dość mocno odbiega od naszych wyobrażeń.
Proszę bardzo.........

Będąc w punkcie A z synem, w biurze pewnej miłej i ładnej pani
Pani: Jezu, jaki piękny chłopiec!!!
ja: Dziękuję, miło mi:)
P: I jaki wysportowany....- mówi pani, patrząc na syna, który właśnie prezentuje na dywanie, co prawda prawie bezszelestnie, ale jednak - skok w dal! - i jakie mięśnie już ma, no niesamowite!
ja: No tak
Pani do syna: To ty sportowcem zostaniesz!
Syn: No jasne!!!! Codziennie trenuję, codziennie!
P: No po kimś to musi mieć
ja: Po ojcu, mnie ze sportem łączy tylko jedna rzecz: białe tenisówki
W tym momencie miła i ładna pani robi jakąś skwaszoną minę i nie wydaje się już tak ładna jak 30 sekund wcześniej.
P: A powinna pani dawać dziecku przykład i uprawiać sport! Ja ćwiczę codziennie! Nie można być takim leniwym, a dzieci należy dobrze wychowywać.
ja: Ale on ćwiczy
P: Chwała Bogu, bo Bóg mu daję tę siłę, ja też ćwiczę dla Boga, Bóg codziennie na mnie patrzy i cieszy się, pani syn niedługo do Komunii przystąpi, niech się pani zastanowi, trzeba przygotować dziecko i siebie, a z takim podejściem to ja nie wiem......

I teraz to ja nie wiem, czy to film, czy wszystko to dzieje się naprawdę. Trochę ogłupiała patrzę na już wcale (nie)miłą i wcale (nie)ładną panią i wiem, że przyszłam tu w zupełnie innej sprawie, właściwie urzędowej, a dzieje się to, co się dzieje. Gorączkowo usiłuje sobie przypomnieć, czy może jednak w moim życiu jest choć odrobina sportu i tym samym mogłabym zasłużyć sobie na zbawienie. Może zaliczyć można bardzo szybkie szorowanie schodów, albo prawie bieg po mieście, kiedy czasu brakuje, albo chociaż seks. Czy miłosierny Bóg zechciałby lekko nagiąć kryteria co do tego co sportem jest? Patrzę na nią i widzę przed oczami trzy koła - wyobraźnia znów płata figle. W jednym jestem ja, w drugim Bóg z (nie)miłą panią, w trzecim sport. Każde kółko osobno i myślę..........na głos

ja: przepraszam panią, ale te trzy koła nie mają zbioru wspólnego. Dziękuję. Do widzenia.

No i spóźniona, a do punktu B gdzie już powinnam być dość daleko. No trudno - taksówka.

Taksówkarz: do szkoły już chodzi?
ja: Jeszcze nie, za rok.
T: Mój wnuk też za rok. I dobrze, nie ma się co spieszyć. Wie pani, teraz to trzeba uważać i na nauczycieli i na dzieci. Nigdy nic nie wiadomo, sami wariaci, a i ile (ściszonym głosem) pedalstwa teraz proszę pani. Musi pani obserwować czy się coś złego nie dzieje, jak dorastać będzie. Teraz proszę pani to co drugi (znów ściszonym głosem) gej.
ja: Może się pan zatrzymać tu?
T: Tu? chciała pani przecież.....
ja: Wiem co chciałam, ale nie mam sił.
T: Na co?
ja: Żeby iść dalej pieszo, ale jeszcze mniej, żeby pana słuchać. Przepraszam. Do widzenia.

Będąc w punkcie B z koleżanką Kasią w restauracji zamawiamy jedzenie.
K: Poproszę sałatkę z tuńczykiem i do tego grzanki. Grzanki są z ciemnego pieczywa?
Kelner: nie z jasnego
K: Ojej, to nie, musimy pójść w inne miejsce, nie zjem zwykłego pieczywa.
Ja do kelnera: proszę dać nam minutę:)
ja: Kasia, oszalałaś? Nie będę teraz głodna szukać dla ciebie knajpy z ciemnym pieczywem, jedz to co jest i nie marudź.
K: Ja NIGDY nie jem TAKICH rzeczy. Wiesz jak się od tego tyje? To są czyste węglowodany, a ja mam 34 lata i nie mogę sobie na to pozwolić. Paweł uwielbia szczupłe kobiety z małym biustem. Jak będę tak jadła to będę gruba!
ja: Ale nie będziesz głodna
K: Przestań!
ja: Sama przestań, bo mówisz bzdury. Jeżeli myślisz, że Paweł jest z tobą, bo jesteś szczupła, to już dziś życzę szczęścia na przyszłej drodze życia z ciemnym i tylko ciemnym pieczywem. Nie możesz zrobić wyjątku? Od jednej grzanki tyłek ci nie urośnie. Albo poćwicz, Bóg Cię wtedy pokocha. A z Pawłem......też może być różnie. Za rok się dowiesz, że jest gejem i że sypia z waszym sąsiadem, a ty będziesz niezmiennie szczupła, głodna i być może samotna
Kelner: I jaka decyzja?
ja: Żadna, ja już nie mam czasu. Dziękuję. Wychodzę.

Ciśnienie - 500 na 300
Puls - 1000000000000000000000000
Odczuwanie - wszechogarniający ścisk żołądka w duecie z burczeniem
Pocieszenie - pod pachą bochenek świeżego, pachnącego chleba

Po 10 minutach sms:
"Przepraszam, jestem chudą kretynką. Co robimy?"
"Wybaczam, wpadaj do mnie. Mam świeży chleb;)"
"Świnia. Idę;)"

Po 20 minutach w kuchni
ja: I jak?
K: Boże, pyszny! I z masełkiem!
ja: Boga w to nie mieszaj, On stoi w kółku z (nie)miłą panią.
K: O czym ty mówisz?
Machnęłam ręką
K: A węglowodany???!!!!!

ja: Węglowodany kochana to ja mam w dupie......dosłownie i w przenośni.



Miejsce: Polska, Poznań.
Wypowiedzi: Rodacy

A przy tym świetnie się tańczy:)))




I.Bo

P.S
A Paweł ze swoim uwielbieniem do małych biustów jakoś dziwnie zawsze ląduje wzrokiem w obfitych dekoltach:)))