poniedziałek, 16 stycznia 2012

16.01

Jestem chora. Z trudem pokonuję trasę łóżko - łazienka, a w miejscu gdzie zdrowy człowiek ma węzły chłonne, ja ma dwa jabłka. Ratuje mnie Lennon przez cały dzień, bo uwielbiam dziada. Piosenka poniżej dla mnie idealna, choć zawsze kiedy jej słucham, czuję gorzki smak w ustach.
I Tyrmand do poduszki.
Przeżyję.



Nie mam siły pisać. Dobranoc.

I.Bo

środa, 4 stycznia 2012

Na Nowy Rok

Mąż kupił ten film wieki temu, pożyczyliśmy znajomym, którym okradziono dom wraz z naszym filmem. Ludzie jak na dzisiejsze czasy bardzo przyzwoici film odkupili i oddali. Pożyczyliśmy kolejnym, mniej przyzwoitym, bo ci już nie oddali, choć żaden złodziej nie gościł w ich mieszkaniu. Dziś mąż nabył drogą kupna po raz trzeci za bagatela sześć złotych polskich i z przyjemnością znów go dziś wieczorem obejrzę. Najlepsza rola Douglasa no i cudowny Robert Downey Jr., który jest moim numerem dwa zaraz po Jeremym Ironsie i nie mówię tu o aktorstwie:). Bardzo Państwu polecam tę filmową pozycję, choć jak łatwo się domyślić nikomu już nie pożyczę:)



Odkryłam również swoją piosenkę na ten rok, bo zamiast postanowień noworocznych, ja szukam piosenek na nowy rok. I tak się jakoś składa, że mam i piosenkę i dziewczynę na ten rok, bo dziewczynę też czasem dobrze jest mieć...



...i tłucze się teraz po głowie całymi dniami

Good things come and gooo
One day you will knoooow
You’ve got to let goooo, yeah you’ve got to let goooo
Yeah you’ve got to let go
:)

Ponieważ od dwóch tygodni nie mogę zalogować się na własnego bloga, dziś trochę tak od niechcenia i nie wierząc w powodzenie działania wykonałam milion pierwszą próbę i oto ku mojemu zaskoczeniu udało się! Zaskoczenie jest tak wielkie, że nie byłam w stanie właściwie nic napisać (patrz wyżej na post), a jedynie uciec się do najprymitywniejszej czynności jakże charakterystycznej dla naszych czasów, czyli kopiuj-wklej.

Wszystkiego dobrego
I.Bo

środa, 21 grudnia 2011

Historia pewnego Karpia

Iga wcześniej niż co roku ubrała tym razem choinkę. Wcześniej o 3 godziny ma się rozumieć, bo opcja wcześniejsza niż późne popołudnie poprzedzające Wigilię nie wchodziło w grę. I tak miała zawsze poczucie winy, bo przecież należy to robić w samą Wigilię. Ale nie mogła sobie odmówić tego właśnie wieczoru - jeden dzień "przed" miał zawsze wyjątkowy urok i czar. Tak, choinka jak zawsze była prześliczna, a może nawet coraz ładniejsza i to od kiedy przestała kupować nowe bombki. Zestaw stały, znany i bardzo tradycyjny.
Jestem bardzo tradycyjną dziewczyną - pomyślała zawieszając ostatnie ozdoby. Tradycyjną, klasyczną i obawiam się, że to się już nie zmieni. No i dobrze, faceta też mam tradycyjnego to świetnie na pewno jesteśmy dobrani.
Tu zamyśliła się przez chwilę czy aby słusznie. Nie znajdując jednak natychmiastowej i jednoznacznej odpowiedzi wykonała w powietrzu przedziwny ruch ręką jakby odganiała głupawe myśli.
Z tego właśnie powodu nigdy nie mogłabym być z Piotrem - pomyślała po chwili. On zawsze miał gdzieś w rękawie ukryty modny gadżecik. Pan modny i......chłodny. Żadnych emocji, zawsze kalkulacja...nie, to nigdy nie było dla mnie, choć przystojny był nieprzyzwoicie. Ech, stare dzieje, dobrze, że człowiek ma wspomnienia. Dobrze, że serce jeszcze ma! Ułomny, ale za to z sercem. Czy ktoś jeszcze dziś o tym pamięta? Hmmmm, zawsze te same myśli, jak co roku.
Jezu jak mi się sikać chce po tych dwóch kawach. To mnie kiedyś zabije!
Z aniołkiem w ręce pobiegła do łazienki w progu zahaczając dużym palcem lewej stopy o próg. Ból potworny przeszył nogę do połowy łydki.
No kuuuurwaaaaa - wyszeptała zaciskając z bólu oczy. Czy ja kiedykolwiek przestanę sobie robić sama krzywdę w tak durny sposób?
Spojrzała w dół na swoje nogi i kilka dorodnych sińców na piszczelach, które brutalnie przypominały jej gdzie stoją meble, kiedy nie mogąc w nocy spać włóczy się jak mara po domu w ciemnościach.
Ból silny, ale przymus sikania jeszcze bardziej dokuczliwy. Klapa w górę, bielizna w dół - ulga.
Czy ten palec nie robi się siny - pomyślała patrząc z góry na przyczynę udręki. Ja pierdolę, ale boli, obym mogła wsadzić stopę w szpilki!
- Nie przeklinamy panienko - usłyszała nagle w łazience. Zaskoczona głosem zerwała się wciągając pospiesznie majtki, które nagle okazały się najbardziej skomplikowaną częścią garderoby jaką widziała i zakrywając się ręcznikiem kąpielowym wyskoczyła z łazienki.
- Jest tu kto? - zawołała nieśmiało. Przebiegła skradając się jak szpieg przez korytarz i zajrzała do pokoju.
- Jest tu ktoś? Wojtek to ty?
Nikt jednak nie odpowiedział. Sprawdziła zamki w drzwiach - zamknięte. Przez szybę w drzwiach zerknęła na schody. Tu też pusto. Wróciła do łazienki.
- No i po co ta bieganina w panice po domu - odezwał się ten sam głos. Iga odskoczyła na bok, opierając się o ścianę, która właściwie podtrzymywała ją w tej chwili na drżących nogach. Na jej głowę jednocześnie spadł łańcuszek, który wisiał na haczyku nad lustrem razem z resztą biżuteryjnych bibelotów.
- No i idiotycznie wyglądasz z tym łańcuszkiem na głowie - odezwał się tym razem szczerze rozbawiony głos.
Iga czuła jak braknie jej tchu. Nie odklejając się od ściany spojrzała przed siebie do wanny. To nie możliwe, to nie możliwe - myślała w panice. Stoję we własnej łazience przed wanną pełną wody w której pływa..................karp! Przysunęła się powoli i zajrzała w głąb wanny
- Czy Pan Karp? - zapytała głupawo w stronę ryby
- hahahahah Pan Karp, wyborne! Może mówmy sobie po imieniu. Karp jestem.
- Iga - wyszeptała nieśmiało Iga
- No, to ceremoniały mamy za sobą - odezwała się już zupełnie rozbawiona ryba. Wiem , sytuacja jest dość niecodzienna jak sądzę, niemniej zupełnie prawdziwa. Przecież zwierzęta mówią ludzkim głosem w Wigilię, ty ubierasz choinkę dzień przed, to pomyślałem sobie, że analogicznie mogę popełnić falstart i już dzień wcześniej być prowokatorem tej pogawędki z tobą, droga Igo. Zwłaszcza, że istnieje duże prawdopodobieństwo, iż zwyczajnie do jutra będę pozbawiony życia. Czy to nie sympatyczna sytuacja?
- Być zaskoczonym ze spuszczonymi gaciami? Raczej nie - odpowiedziała Iga robiąc dobrą minę do złej gry.
- Ej, panienko, czasy przecież takie, że jak się tak zastanowić to człowiek częściej ze spuszczonymi niż w całym rynsztunku. Myślę sobie nawet, że przez całą historię ludzkości spuszczone gatki są dość znamienne.
Matko Boska, co ja robię w tej łazience? Gadam z rybą? - pomyślała. Oszalałam jak nic! To na pewno filozofia, którą studiowałam tak zryła mi łeb. Potem ekonomia wysuszyła i wynudziła do końca. A może to rodzinka pożal się boże. Ojciec, tak to on. Ojciec - stary ubek. To przez niego. Przez niego szybko uciekłam z domu w dorosłość. I teraz mam - ani ojca, bo już zmarł, a przed śmiercią nie rozmawialiśmy kilka lat, ani własnej rodziny. Owszem, był ktoś wcześniej, teraz jest Wojtek, właściwie wszyscy myślą, że już tak pozostanie, choć przecież ja sama nie wiem. W głowie mam burdel, głupie wspomnienia no i mam jak mam - gadam do karpia, ot co.
Wyszła do kuchni i wróciła z kieliszkiem i butelką wina. Napełniła go i jednym łykiem wlała zawartość do gardła.
- A ty co? Na rybach jesteś, że sama pijesz hehe? - odezwał się karp - a ja to co?
Iga również parsknęła śmiechem, było to przecież jej ulubione powiedzonko.
- Ale jak? Mam ci wlać do pyszczka, czy dożylnie podawać?
- O, zdobyłaś się na żarcik, brawo! Wystarczy jak wlejesz lampkę do wanny.
Po wypiciu wspólnie dwóch butelek wina i przegadaniu już zupełnie śmiało tysięcy tematów Iga powiedziała
- nie wiem jak ty ryba, ale ja jestem pijana. Trzeba kończyć
- Ok, pamiętaj tylko o czym tu rozmawialiśmy, że wszystko czego ci potrzeba masz we własnej głowie. Nigdy o tym nie zapominaj.
- Nie zapomnę, dziękuję.... a teraz w drogę.
Ubrała się w płaszcz, na głowę naciągnęła czapkę i wrzuciła rybę do niebieskiego wiaderka z wodą. Po 30 minutach stała na pomoście strzeszyńskiego jeziora.
- No to co, czas się pożegnać. Potwornie nie lubię takich momentów, więc bądź zdrów i że się tak wyrażę....spływaj:)
- Trzymaj się mała:)
Przechyliła wiadro i ryba delikatnie zanurzyła się w ciemnym jeziorze. Iga rozejrzała się dookoła. Było potwornie zimno i ciemno. Stała sama na pomoście. Sama z plastikowym wiadrem w ręce.
- Jak nic straciłam rozum, pewnie na zawsze. A jak wiadomo rozum w najlepszym wypadku ma się tylko jeden. Ja być może go miałam, o ile był, ale teraz bezpowrotnie go straciłam.
Po kolejnych 25 minutach była już w centrum miasta i weszła do ulubionej knajpki. Było prawie pusto, jak to w wieczór przed Wigilią. Usiadła przy barze i zamówiła kawę.
- Kawa o tej godzinie?
Spojrzała w bok. Przy barze siedział facet i popijał niespiesznie piwo.
- Kawa, bo muszę wytrzeźwieć zanim wrócę do domu.
- Uuuuu, ładnie:) a czy panienka nie powinna być w domu, robić pierogi, barszcz, choinkę ubierać.....
- panienka już to wszystko zrobiła, a później tak w bonusie z przygotowaniami świątecznymi się upiła i.....
- I co?
- Nie chce mi się gadać
- A to przepraszam, rozumiem - odpowiedział i powrócił do własnej szklanki.
Iga spojrzała na jego mokre włosy, pochwycił jej spojrzenie i wymamrotał
- wracam z basenu...tu z Wronieckiej i suszarki były popsute
Dokończyła kawę i założyła płaszcz. Spojrzał na nią raz jeszcze.
- Mimo wszystko miło było spędzić razem trochę czasu - powiedział.
Zerknęła na niego podejrzliwie.
- No, hmmm...no to cześć
- Cześć
Odeszła od baru owijając się szalem i gdy zbliżała się już do drzwi zawołał za nią...
- I nie zapomnij powiesić na choince ostatniego aniołka. Zostawiłaś go w łazience....za kieliszkiem.
Z niedowierzaniem odwróciła się i spojrzała na niego, a on zwyczajnie mrugnął do niej okiem i machnął przyjacielsko ręką. Machnął tak, jak się macha najlepszemu kumplowi.

Poznań, grudzień 2011
I.Bo

środa, 14 grudnia 2011

Million Dollar Baby cz.2

- Mam bardzo, bardzo dużo pieniędzy, dostaniesz połowę tylko uwolnij mnie proszę od towarzystwa mojego syna i wyjdź za niego za mąż...
- No tak, ale małżeństwo to nie interes proszę pani...
- Tak? A od kiedy kochana????????



Z dedykacją dla G.



I.Bo

środa, 23 listopada 2011

The Ploy

X: Dlaczego tak dziwnie na mnie patrzysz?
ja: Bo jestem łobuzem i mam ochotę coś zbroić.
X: :DDD









I.Bo

poniedziałek, 7 listopada 2011

c.d

A oto odpowiedź na wczorajszy wpis.............

...Człowiek jest niczym więcej niż własnym obrazem. Niech sobie filozofowie tłumaczą, że opinia świata waży niewiele, a liczy się jedynie to, czym jesteśmy. Filozofowie niczego nie rozumieją. Tak długo jak będziemy żyć wśród ludzi, będziemy tym, za co ludzie nas uważają. Gdy pytamy wciąż siebie, jak widzą nas inni, gdy się wysilamy, by wyglądać tak sympatycznie jak tylko możliwe, biorą nas za wielkich spryciarzy albo za szelmy. Czy jednak pomiędzy moim ja a ja drugiej osoby istnieje bezpośredni kontakt, bez udziału oczu? Czy jest do pomyślenia miłość bez trwożliwej pogoni za własnym obrazem w myślach ukochanej osoby? Kiedy tylko przestaje nas obchodzić sposób , w jaki ona nas widzi, już jej nie kochamy.
Naiwnym złudzeniem jest wiara, że nasz obraz jest zwykłym pozorem, za którym skrywa się prawdziwa substancja naszego ja, niezależna od spojrzenia świata. Imagolodzy dowodzą ze skrajnym cynizmem, że jest odwrotnie: nasze ja jest zwykłym pozorem, nieuchwytnym, nie opisanym, niejasnym, podczas gdy jedyną rzeczywistością, aż zbyt łatwą do uchwycenia i do opisania, jest nasz obraz w oczach innych. Lecz najgorsze jest to, że nie jesteś jego panem. Na początku próbujesz sam go namalować, następnie zachować przynajmniej na niego wpływ, kontrolować go, lecz na próżno: wystarczy jedno nieżyczliwe określenie, by na zawsze zamienić cię w żałosną karykaturę...

To powiedział pewien miły (i mądry) Pan, który co prawda nie jest moim kolegą, ale jak Państwo wiedzą nigdy nic nie wiadomo...:)




I.Bo

niedziela, 6 listopada 2011

Człowiek kontra CZŁOWIEK

„A co, jeżeli rzeczywistość tak naprawdę jest iluzją i nic nie istnieje? — Cóż, w takim razie zdecydowanie przepłaciłem mój nowy dywan.”


Jakaś wybitna jednostka, może sztuczna inteligencja, maszyna, cokolwiek czego nie potrafię zdefiniować posiada wiedzę o tym, że człowiek wspaniale nadaje się do tresury. Sam człowiek od czasu do czasu tresuje inne różne stworzonka, ciesząc się niezmiernie z tej umiejętności nie rozumiejąc, że sam jest najbardziej wytresowanym bytem. Jednostka wybitna wie, że człowiek jest wbity w ramy, które z niewiadomych przyczyn są dla niego ważne. Wykorzystuje zatem tę człowieczą słabość, bierze go w "imadło" zmuszając odpowiednim kierowaniem i kreowaniem rzeczywistości do podporządkowania i grożąc leciutko palcem, że niesubordynacja może dla nieszczęśnika skończyć się źle i zostanie on usunięty z planszy. Plansza to nic innego jak normy społeczne, status, postrzeganie. Ale postrzeganie czego i przez kogo? Nas przez drugiego człowieka, a opinia jak jesteśmy postrzegani ( zamożny, biedny, coś potrafi, niczego nie umie, posiada to czy owo, jest kimś w naszym odczuciu lub zupełnie nieznaczącym osobnikiem) wydaje się być dla nas najważniejsza. Bo sami nie wiemy kim jesteśmy i nie mamy wiary w siebie? Bo nie widzimy własnego "ja" bez określenia nas przez innych?. Tworzymy nasze "ja" krążącymi wokół nas zainteresowaniami, poglądami, ideami, skupiając wokół siebie przedmioty i dobra. To one według nas są określeniem naszego "ja" i to one powodują, że jesteśmy w taki a nie inny sposób postrzegani przez innych. Ale gdyby tak poklepać człowieka po plecach, chwycić za rękę, spojrzeć głęboko w oczy i powiedzieć..."to wszystko nie istnieje, to świat nierzeczywisty, możesz powiedzieć to, co naprawdę myślisz, możesz robić od dziś to, co chcesz. Od zawsze uwielbiałeś zapach drewna, głaszczesz przy każdej okazji deski, podpatrujesz namiętnie stolarzy w pracowni. Rzuć tę robotę w banku, której nienawidzisz, a która według ciebie określa twoje "ja". Jego posada mówi - ma dobrą pracę, duże mieszkanie, żonę, wakacje latem w Egipcie, zimą w Alpach, ma samochód. Jest człowiekiem wyżej postawionym w społeczeństwie, jest kimś.
To co gromadzi wokół siebie, określa jego jakość. Ale on sam wie tak w głębi duszy, tak bardzo potajemnie, że chciałby być kimś innym. Ale to automatycznie stawia go w innym miejscu klas społecznych. Tak, wielu z was powie teraz :..."nie prawda, nie mam nic przeciwko byciu stolarzem, to przecież świetny zawód". Ale ilu z was porzuciłoby to, czym zajmujecie się teraz dla marzeń, dla tego czego pragniecie naprawdę?
Niewielu, ze mną na czele. Bo to nas określa, bo tak tworzymy własne "ja" tyle, że to ułuda. To wszystko dla postrzegania przez innych. Nie chodzi oczywiście tylko o nasze zajęcie zawodowe, ale o życie osobiste też. Ilu z was potrafiłoby porzucić niekochaną żonę/męża w imię prawdziwej miłości i być postrzeganym jako łajdak? Kto sprzedałby dom, który określa go jako człowieka majętnego na rzecz tułaczki po świecie i życia cyganerii o której w głębi duszy marzy? Kto odważyłby się na to, by ludzie na jego widok pukali się w czoło? Dziecinada - ktoś powie - ale czy właśnie postępowanie dzieci nie jest tym prawdziwym życiem? Pokazywaniem prawdziwego "ja"? Dziecka do pewnego momentu nie wytresujesz, ono wyraża się prawdziwie, jest szczere i szczerze zaskakujące, robi i mówi to, co myśli nie zważając na konsekwencje. Do pewnego momentu oczywiście.....
A sukces? Czymkolwiek on by był. Dobrze sprzedaną usługą finansową, wysokim utargiem sprzedaży, podpisaniem świetnego kontraktu. Kiedy człowiekowi, który właśnie odniósł sukces (zwłaszcza według niego samego) pogratulujesz osiągnięcia i zaraz potem zapytasz o zdrowie jego matki, licz się z brakiem przychylności, a nawet wrogim zachowaniem. Wykrzyczy tobie spojrzeniem - "Halo, to jest sukces, a ty mnie pytasz o zdrowie matki?! Ja mam sukces, to zawodowa satysfakcja (oczywiście wiemy to). Po to rypię całymi dniami, żeby kupić sobie mieszkanie. Duże mieszkanie!". No i zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że ów człowiek uznał, że sukces zawodowy określa tak bardzo jego "ja". Nie rozumie jednak, że dbanie o zdrowie i zainteresowanie starą matką, jego stopień wrażliwości i człowieczeństwa (którego przecież wcale mu nie brak) określa tak naprawdę jego samego. Tworzy jego "ja". Sukces i moc posiadania (czegokolwiek) ma moc większą niż to jakimi ludźmi jesteśmy w istocie. A praca i sukces to przecież tylko jedna składowa, która być może świadczy jedynie o naszej zaradności. A może nie. Może to warunki jakimi obdarowała nas firma i nie tak wcale trudne zadanie powoduje, że osiągamy pożądany sukces. Ci, którzy są nad nami dobrze o tym wiedzą, znają naszą słabość do tworzenia własnego "ja", do tego co pomyślą o nas inni. Wiedzą, że za wszelka cenę (choć nie zawsze) podporządkujemy siebie nałożonym celom. I jest sukces: ich - bo robimy to, co nam każą i nasz - bo chcemy być odpowiednio postrzegani. I tak biegniemy, żeby nie powiedzieć pędzimy i kiedy jesteśmy na prowadzeniu szczerzymy zęby w uśmiechu sukcesu, nie zdając sobie sprawy, że oto właśnie, w tym momencie jest już koniec, bo za moment następni nas przegonią i to oni będą pierwsi. I tak dalej i tak dalej, bieg się toczy, a trupów wciąż przybywa. Trupy - ludzie, którzy pozostali bez firmowych laptopów, telefonów, samochodów, premii, za to z kiepskim postrzeganiem samego siebie. Nie wiedzą co ze sobą począć, skoro pozostało im jedynie.......ŻYCIE. I najprawdopodobniej wszyscy oni wylądują na kozetce psychologa np. u mojej uroczej koleżanki Naty Ru......Natalia zwiastuję tobie wieeeelkie pieniądze:)...ale wracając do rzeczy. A idee i poglądy? Kiedy ludzie spierają się o coś, wcale nie chodzi w pewnym momencie dyskusji o same poglądy, tylko o to, że za chwilę okaże się, że któryś z nich nie ma racji, że przegrał. A kto chce być przegranym? Nikt. To wszystko zrobiło się ważniejsze niż sam człowiek, a może zawsze było. Przez tysiące lat żołnierze-biedactwa stali na linii frontu w imię........jakiejś szalonej idei. A każdy z nich wolałby siedzieć przy stole w rodzinnym domu, jeść ciasto drożdżowe i popijać herbatą.
Z jakiś powodów (najprawdopodobniej władczych) ktoś przepięknie tym wszystkim i nami kieruje. Jesteśmy jak małpki w cyrku. Człowieka jak żadne inne stworzenie można wspaniale wytresować i to prawie bez żadnego wysiłku. Wierzę, że świat w którym żyję jest trochę zmyślony, rzeczy nie dzieją się naprawdę. Kiedy przymknąć oko widać to dość wyraźnie. Dlatego być może nie traktuję go zbyt poważnie i spuszczam regularnie powietrze. Gdyby każdy z nas co jakiś czas również upuścił ciut nadęcia atmosfera zrobiłaby się lżejsza, mniej duszna, swobodna, czego sobie i Państwu z całego serca życzę.
Wierzę w to, co powiedział kiedyś Woody Allen, a nawet jestem tego pewna. Czuję to na każdym kroku i każdego dnia......

"Bez wątpienia istnieje świat niewidzialny. Jest tylko problem: jak to daleko od centrum miasta i do której jest u nich w tygodniu otwarte?"




I.Bo